Nie ma niewinnych.

Polskie prawo rozróżnia, w niektórych aspektach, zaniechanie jako czynność stanowiącą o przestępstwie, czy wykroczeniu. Tak jest na przykład z nieudzieleniem pomocy ofierze wypadku. Brak działania jest zatem karany.

Przez lata pracując z ofiarami przemocy zauważyłem jedną konkretną zależność (pewnie nie ja jeden), która sprawia, że w odniesieniu do tzw. ofiar przemocy stwierdzam – nie ma niewinnych.

Zaniechanie jest działaniem mającym swój bardzo określony skutek.

Jeśli złamiesz nogę i nie zrobisz z tym nic, zrośnie się krzywo a Ty w najlepszym wypadku będziesz kuleć. Jak nie zareagujesz na udar skończysz z trwałym paraliżem. Jak nie zareagujesz na palenie paczki papierosów dziennie wcześniej czy później „odejdziesz”. Jeśli nie zmienisz przebitej w samochodzie opony, nigdzie na dłuższa metę nie dojedziesz, mało tego doprowadzisz do trwałego uszkodzenia innych podzespołów.
Zaniechanie w każdej dziedzinie życia prowadzi do trwałych, często nieodwracalnych uszkodzeń, czy zmian.

Zaniechanie jest działaniem z rzeczywistym skutkiem negatywnym.

Dlaczego więc różne osoby, w różnych dziedzinach życia nie podejmują działania ?
Ponieważ czerpią korzyści z nie podejmowania działań. Brak zaangażowania, brak ponoszenia odpowiedzialności, brak wysiłku i niechęć do doznawania trudnych uczuć towarzyszących często rozwojowi. W zależności od sytuacji można dopisywać konkretne powody, ale zawsze trzeba pamiętać, że w trwaniu w sytuacji dla siebie nie korzystnej, za każdym razem są zyski. Rzecz w tym, że nasz optyka sytuacyjna nie zauważa, lub nie chce zauważać strat ani perspektywy strat, które nastąpią.
Oddala się więc skutki negatywne przyjmując oczywisty dla uzależnienia i współuzależnienia (trwanie w „kupie” zawsze oznacza uzależnienie), obraz iluzji i zaprzeczeń a zatem fałszywy obraz sytuacji, pozwalający w nieskończoność trwać we wspomnianej „kupie”. Podstawą do tak sformułowanej zmiany i zmiany postawy na aktywną jest dotarcie do prawdy. A więc stworzenie faktycznego obrazu zysków i strat.
Tak nakreślona optyka sytuacyjna nie pozwala na tkwienie w kłamstwie ( w rzeczywistości pozwala, wystarczy negacja i powrót do wiary w kłamstwa) i zmusza do podejmowania wysiłku niezależnie od możliwych trudności.
Jeśli więc osoba, która została uderzona nie zareagowała na cios, zgodnie z prawem, każdy kolejny cios jest za razem jej winą (niewinnym jest się tylko raz – przy inicjacji zdarzenia, procesu). Ponieważ zaniechanie prowadzi logicznie do skutków negatywnych.

Jeśli ktoś nie zgłosił przemocy ze względu na obietnicę poprawy sprawcy to sprawa wygląda tak:

Dostałem urządzenie za milion euro do eksploatacji. Nie nauczyłem się go obsługiwać więc je zniszczyłem. Zadeklarowałem, że już go więcej nie zniszczę więc dostałem drugie (kolejna szansa), ale ponieważ nie nauczyłem się jego obsługi znów je zniszczyłem.
I dopóty nie nauczę się obsługi urządzenia będę je niszczył, nie mając wiedzy do prawidłowej eksploatacji. W relacjach między ludzkich jest tak samo. Żeby coś się zmieniło potrzeba wiedzy i to praktycznej, zmiany nawyku, zachowania a to długi i żmudny proces. Deklaracja jak widać jest pustym, nic nie znaczącym frazesem. I o tym trzeba pamiętać. Do zmiany potrzebna jest praca, ciężka praca, nie deklaracja.
Jeśli umrzesz na raka płuc, to nie dlatego, ze los jest zły albo złożyłeś sobie niewłaściwą deklarację, ale dlatego, że zaniechałeś działania, jakim jest rzucenie uzależnienia.
Z każdą dziedziną życia jest tak samo, jak coś nie działa trzeba innego przepisu, zmiany instrukcji, zmiany optyki, ale przede wszystkim – zmiany.
Nie ma niewinnych. Jest brak wiary w siebie, udawanie, że czegoś nie ma, okłamywanie samego siebie.
Zawsze przecież czujesz w środku jak jest naprawdę. A jak jest ?

Reklamy
Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Pizza „na dziko”, czyli gastro recenzja w odsłonie kolejnej

No stary, a dziki w deszczu nie ryją ?
Tak Kamul rozwiał moją wątpliwość co do wieczornej wyprawy. Coś tam kropi, ale to nie dość, żeby gruboskórni nie przystąpili do marszu dzika.
Na wszelki jednak wypadek oprócz peleryn zabraliśmy srebrnego forda focusa. Fiu fiu i że hoho. Pojazd zacny nie powiem, ale zapach nowych plastików w środku przysporzył mnie o mdłości. No więc wyartykułowałem Kamulowi, że plastyki, że zapach i że przysporzył, że mi.
No co ty stary, ja sobie kupuję w ogóle zapach nowego auta.
Konsternacja
I jeszcze odrobina konsternacji.
Nie wiedziałem jak bonidydy (cyt. Arnold Boczek), że takie rzeczy są.
Dojechaliśmy na Trynek, do nowo reklamowanej na fejsbuku pizzeri, by na miejscu przekonać się, że to pizz-buda. To oczywiście nie dość, żeby krytykować grę pozorów na zdjęciu, bo liczy się smak, ale ponieważ o 21.30 było już zamknięte lokal recenzji się nie doczeka.
Kilka kółek tu i tam, pomysł z kebsami, to jednak upadło. Miała być pizza.
Tak od słowa do słowa zaparkowaliśmy w okolicach rynku, a już po chwili schodziliśmy w głąb, do piwnic. Ten “w głąb” i te piwnice to przy Górnych Wałów. W miejscu, którego z zewnątrz nigdy nawet nie zauważyłem, a które jest ponoć od kilku lat, zasiedliśmy do stołu.
Obsługa miła, nim nasza pizza pojawiła się na stole, zdążyłem zauważyć, że obsługa jest i obcojęzyczna. Dwie rzeczy nim recenzja ostateczna.
Pierwsza: Pizza wjechała na stół w mniej niż 10 minut, co uwzględniając przed-letnią rewolucję w Mc’Donaldsie, bije go na głowę (Mc’Donalds nie jest już fast, pozostał jednak food).
Druga: postać kelnerki (miła, młoda dziewczyna), która poruszała się na swoich sportowych butach jak ten plastikowy krążek do gry w cymbergaja – wydawało mi się, że nie dotyka podłogi.
A i jeszcze jej kelnerska uprzejmość “jes , jes hehe, hyhy, of kors, tere rere – tyle, że jak mniemam poprawnie po angielsku”
Jest i pizza.
Z wyglądu całkiem całkiem, jak to pizza, nie powala, to nie Bora-Bora.
Ciasto genialne, cieniutkie i choć nie jadłem pizzy we Włoszech, Kamul zawodowy, premium-klasowy gastronom, który był, stwierdził, że to jest to i tak właśnie po włosku. Smak równie dobry i cała kompozycja bardzo dobra. Jako dodatki oliwy w różnych smakach. Ceny przystępne, nie mówię, że jak w Mc’Donaldsie i nie ma kuponów w aplikacji. Przystępne. Ogólnie wyszedłem zadowolony, dopieszczony i uradowany.
Tak, że dzięki Kamul (tym razem kierownikiem wyprawy był właśnie on – to tytuł przechodni).
I tak dotarliśmy do końca marszu, poza tym, że znów musiałem się zmierzyć z zapachem nowego samochodu, w wersji oryginalnej.
Kamul premium-gastronom zawodowiec dał początek nowej świeckiej tradycji, jak się później okazało. Marsze dzika, będą teraz piesze (ja), albo kulinarne (Kamul).
Żeby spalać, trzeba do pieca dokładać.

Opublikowano Ogólny | Dodaj komentarz

Czego bronisz tak zawzięcie ?

Czytam ledwie co, że Solidarność w Oplu się buntuje, bo mają nadejść zwolnienia.
Solidarność ma wpisaną w swoją istotę ideę wolności, o którą walczyła u swego powstania.
A tymczasem dziś w Oplu manifestuje hasło, którego brzmienie logiczne wyglądałoby tak
„jedno życie, jedna praca, jeden zakład”.
A to nie są idee wolności, tylko idea, albo raczej zawodowa osobliwość komunizmu. Taki manifest jest wołaniem o przywrócenie idei PRL-u.
– Jedno życie, jedna praca, jeden zakład…
Rozumiem lęki i obawy pracowników. To oczywiste. Jednak takie właśnie „przywiązanie do jednego” zakładu pracy w okresie transformacji ustrojowej, tj. po roku 90, uczyniło wieloletnio bezrobotnymi setki tysiące osób. Oni bowiem nie potrafili się odnaleźć w kapitalizmie, przyzwyczajeni, że zawsze jest to jedno, to ich i w przekonaniu , że „aż do końca”.

Ale Bóg, który jest życiem ma swoje plany i niczego, poza tym czemu sam błogosławi, nie daje człowiekowi na wieczność.
Przywiązywanie się do jednej pracy, to jak bycie uwiązanym do budy psem. Nasza perspektywa zaczyna się i kończy w obrębie łańcucha. A przecież wiara w to, że Bóg jest dawcą wszystkiego co nas spotyka i co do nas dopuszcza, powinna stać na straży przekonania, że aby wzrosnąć trzeba upaść. Trzeba nieść swój krzyż. Bez wysiłku nie ma wzrostu. A poza naszym przyzwyczajeniem i wąskim horyzontem tego co znamy jest inny, nieznany świat. Ten świat Bóg chce nam dać, a my uparcie się przed nim bronimy, chcąc pozostać w obrębie własnego łańcucha.

„Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy powiedzielibyście temu drzewu morwowemu – wyrwij się z ziemi i posadź się w morze i usłuchało by was”. (JHS, za ewangelia Łukasza).

Masz wiarę?

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Jarmark wielkanocny na gliwickim rynku

Jarmark wielkanocny na gliwickim rynku. Niby to nawiązanie do jarmarku Bożonarodzeniowego, a jednak rzecz obłędnie inna i słowo obłędnie idealnie w tym miejscu pasuje.
Wielkanoc to okres chrześcijański w obrzędzie Kościoła Katolickiego. Oczekuje się w nim na zmartwychwstanie Jezusa – syna Bożego, naszego Boga (mojego tak). Tak więc okres Wielkiej Nocy nie jest okresem świeckim i jako taki świecko nie istnieje (albo coś jest okresem po prostu, albo okresem Wielkiej Nocy – albo się jest chrześcijaninem, albo nie jest). W okresie tym świecko można obchodzić urodziny, święto schodzonego trzewika, albo okrągłą siedemnastą rocznicę pęknięcia w kroku spodni wujka Rajmunda. Wielkanoc jest świętem chrześcijańskim, w którym otrzymujemy ponownie dar życia. Od tego, który za nas umarł.
Tak więc jak powinien wyglądać jarmark wielkanocny ?
Poprzedzającym Zmartwychwstanie Chrystusa jest okres czterdziestodniowego postu. Wspomina się wtedy śmierć i mękę Chrystusa i jest to czas, którego częścią jest post, jałmużna, pokora, skrucha, wyciszenie, oczekiwanie.
I oto na gliwickim rynku z jednego ze straganów płynie radośnie disco miuzica – bo jak to inaczej nazwać. Radosny pląs, wesoło jak na biesiadzie, hucznie. Kolumna ustawiona frontem do klienta nadaje 100dB jak się patrzy.
…Czyli całkowicie niezgodnie z tradycją Wielkiej Nocy.
Nie wiem po co czynić świeckim coś co jest religijne, chrześcijańskie, głębokie.
To tak jakby w naszej kulturze śpiewać disco polo i nucić obowiązkowo na pogrzebie “majteczki w kropeczki”. No tak nie wolno, wolno w innych okolicznościach, ale nie tu.
I tak samo nie można na świecko podpinać się z jarmarkiem wielkanocnym i tandetną disco muzyką pod bardzo głęboką i doniosłą tradycję chrześcijańską.
Jarmark tak, to przecież dla ludzi, przygotujmy się do świąt, zgoda.
Ale w duchu poprzedzającym okres tych świąt, a więc spokojnie. Na radość też przyjdzie czas.


  

Opublikowano Ogólny | Dodaj komentarz

Paginatory inside

Znów myślę o paginatorach. Dopiero co zdecydowałem się na wersję z paginatorami, a kilka sekund później już wymyślałem, jakiż to błąd popełniłem. Ale to było wczoraj. Teraz myśle podczas mszy. Zaraz będzie przychodził Chrystus, a ja myślę o paginatorach.
Ilekroć się modlę pojawia się rozproszenie. Rozproszenie to nie bunt przeciwko Bogu. To raczej słabość ludzka, ułomność, żeby tam gdzie powinno się chwilę z Bogiem konsekrować, tam konsekruje się bzdety o butach, kółkach, kratkach, sznurówkach, lakierze podkładowym i innym materiale wgłowo-werbalnym o wartości dla doniosłej chwili równej ze – ro. Myślałem, że jestem taki niedoskonały ja i myśli moje, ale widać dotyka to więcej ludzi. Rozproszenie dotyka nas wszystkich, a pojawia się moim zdaniem wtedy, kiedy odchodzimy od spraw Boskich do spraw ziemskich. Przy czym za sprawy Boskie mam na myśli i rozumiem każdą czynność codzienną wykonywaną prosto i zwyczajnie, bez nadmiernego zastanawiania, w pokorze i spokoju, ale przede wszystkim w zgodzie z sobą i zdrowymi odruchami serca (Żydzi uważali, że to co złe kryje się w sercu, tak też pisane jest w Biblii, to pochodzi z ich kultury i dawnego języka hebrajskiego – dla nas Polaków serce jest miarą zjednoczenia z Bogiem, istnieniem, czystością. Jako to co złe rozumiem ego i jego kulturowe, odmienne od Boskich, naleciałości, kult materializmu i dążeń do świata wylansowanego w telewizji i reklamie – czyli głupoty niezmierzonej; ot różnice językowe).
Sprawy ziemskie to oczywiście gonitwa za tym, co być powinno, bo jest zapisane w świadomości zbiorowej (kultura), a często jest odmienne od naszych osobistych potrzeb (pochodzących z naszego głębokiego Ja – z duszy). Moda jest takim właśnie przykładem – to jest dobre bo tak robią inni. Więc teraz jak buty to New Balance, choć 3 lata temu mogły nie istnieć. A najlepsze, że gdyby nie istniały, to niczego by to nie zmieniło. Taka więc ich wartość. Albo bieganie, tyle razy próbowałem, ale już nie. Gratuluję tym, którym sprawia to przyjemność, pomimo wysiłku – to ich droga.
Zbawienie, według Biblii (ew. Mateusza) jest tam, gdzie idziemy wąskim gardłem, ponieważ szerokie gardło (szeroka droga, szerokie drzwi, szerokie przejście – wiele tłumaczeń  w różnych przekładach) prowadzi na zatracenie.
Pokrótce – robisz jak wszyscy – jest duża szansa, że robisz źle. Idziesz własną drogą, często wbrew logice, powszechnej prawdzie, wbrew uczuciom często, ale z przemożnym pragnieniem pochodzącym z wewnątrz – idziesz tam gdzie nie był nikt, a więc swoją drogą. Idziesz w zgodzie z głębokim Ja, więc złączony z Bogiem, poddajesz się jego woli. Oczywiście, żeby wola było Jego a nie pewnego upadłego anioła, który niósł światło, a stał się ciemnością, masz do dyspozycji i w obowiązku używać przepisu. Tego samego, który Mojżesz zniósł z góry po spotkaniu z Bogiem i przykazania miłości.
Jeśli Twoja duchowość skończyła się na etapie bajki o Kacprze duszku, przypominam, że chodzi o 10 przykazań i przykazanie nowe “abyście się wzajemnie miłowali”. Przykazania zaś doskonale wytłumaczył sam Jezus i co zostało zapisane w Ewangeliach.

Tak czy owak i krótko – rozproszenie jest wtedy kiedy nadto staramy się poukładać i zapanować nad sprawami tego świata oddając się powszechnym prawdom i naleciałością kulturowym (kultura nie jest zbiorem złym, w żadnym wypadku, tam jest przecież nasza tożsamość narodowa i piękne rodzinne pamiątki, chodzi o to co płytkie – celebrystyczne, hollywoodzkie i materialne, albo głupie jak gender i feminizm), a także banalnym zamierzeniom.
Rozproszenie powinno się zmniejszyć, ale próżno czekać aż zniknie, bo człowiek zostaje człowiekiem – ciało pozostaje ciałem („ciało i krew” to semityzm, po naszemu, albo po naszymu  – człowiek – filologia i języki są takie ciekawe:-) ). 

Mniej planowania, mniej zamierzeń “bo inni robią”, więcej płynięcia z prądem i przekazem z wewnątrz, gdzie zarządza Najwyższy. Chcesz być wyjątkowy, to bądź zwyczajny, bo wywyższający się będą poniżeni, a skromni wywyższeni (JHS).

Rzekłbym Amen, ale czuje się niegodny. Tak więc z Bogiem 🙂

Opublikowano Ogólny | Dodaj komentarz

Gastro recenzje – 1


Tego dnia ruszyli tuż po zmierzchu u zbiegu ulic myśliwskiej i toszeckiej. W bliżej nieokreślonym kierunku, wprost w objęcia mroźnych ostępów gliwickich szlaków, ponieśli śnieżne kamasze w dzikim odruchu serca. Kilometry łoić, oddechy wydłużać, obniżać tętno. Udom mięśni jak kamieni przysporzyć. Ale to tylko dodatek do le przyjacielskiej pogawędki w godzin 4, słownie cztery.
Bo w towarzystwie doborowym czas istnieć przestaje, stąd łatwo się ocknąć grubo po 22, kiedy zaczynało się tuż po 18-stej. Kilometrów na pieszo wyszło nam, że 12 jak nic.
Dziki miejskie terenowe sztuk dwie – el kamulos i el blakido.
No więc idziemy, w sumie to już teraz – na radiostację.
Z rzadka niby to zazdrośnie patrzymy na biegaczy, ale ich jest jak mrówek, a zawodowych marszowników, właściwie poza nami,… nie ma. Tak oto my staliśmy się city – pielgrzymami, podróżującymi gdzie chcemy, w dowolnej bliskiej sercu intencji. Tu i tak jesteśmy bezkonkurencyjni, więc teraz to na nas winny zazdrosne spojrzenia biegaczy spocząć – to ci ci, od marszu, patrz jak idą. Jacie!

Protoplaści marszu miejskiego, gladiatorzy zdartej zelówki, dziki kopernicko – sztabowe szli więc dalej. I tak doszli do Obrońców Pokoju, by w asyście swojego doborowego towarzystwa rozprawiać dalej o tym i owym. Bo my na sprawach Gliwic znamy się jak nikt. Rada Miejska z samej tylko powagi naszej rangi powinna konsultować u nas wszelkie projekty. No z nami i tym detektywem Marianem Jabłońskim, co to go z Kamulosem lubimy, bo jest gliwicko – swojski i swój tak, jak baranica i kierpce na Podhalu.
Tutaj proszę ja Ciebie była kiedyś pizzeria. Odrzekł Kamul z  wiadomą powagą eksperta.
Yhmmmm, odrzekłem zawrotnie. No a teraz już nie ma.
Tymczasem nieopodal zauważyliśmy zawieszki w witrynie, że będzie batman tj. pizzeria. No i znów jest. Zwroty akcji jak w kinie akcji z lat ‘90. Ale skoro tymczasem nie ma, a wplecioną w marsz dzika tradycją jego twórców jest kubek kawy z automatu, zobligowani byliśmy ów automat odnaleźć. Tak też się stało.

Logo nad drzwiami, że Schmidt cukiernia, piekarnia. No i doczekaliście się recenzji. Niby to Michelin przyznaje gwiazdki, ale to tam u nich, dla tych co przed ułożeniem porcji mięsa na talerz dopuszczają się grzechu onana. Dla ludzi zwyczajnych (normalnych, którzy grzechu tegoż nie popełniają, przed czynnością zwyczajową jaką jest jedzenie), nasza recenzja jest tą właściwą.
Kamul, wchodzi, ja również – zaczynamy.
Dwa skobki, siedzenia nieduże z boku, więc można usiąść. Mimo lekko ponad normatywnych rozmiarów Kamula usiadł wygodnie, więc polecić dla dwojga lokal można każdemu. Dla dwojga i tylko dla dwojga, bo lokal nie jest kawiarnią, ale punktem sprzedażowym z tymiż skobkami, dla kupujących i city – pielgrzymów jak my.
Kawa za bodaj 4,5 dostojna smakiem w tej cenie i w wydaniu papierowo-kubkowym, więc trochę mniej wykwintnie.  Babka piaskowa czy cytrynowa zacna, odpowiednio wilgotna. Kremowiec taki z żółtą galaretką zapychacz cukrowy az miło, że trudno przysiąść do babki. Obsługa miła, do pogadania o pogodzie i nadchodzącym tłustym czwartku.
Nie mamy jeszcze skali, ale na pytanie czy polecam, odpowiem – ja znów wejdę.
Bez siarczystych pożegnań z szarmanckim dziękuję ruszyliśmy dalej.
Dotarliśmy na radiostację. Śniegu pełno, wieża drewniana stoi, świeci, jest jak była, obok ławki, no ogólnie Radiostacja. No i obok park sensoryczny. Wiele o nim informacji, że jest, potem już zepsuty, znów jest. Ale, skoro otwarte jest decyzja, znów zgodnie – wchodzimy!
Już na wejściu monitor i kamera. Palcem po monitorze przesuwasz kamerę na wieży (100 m nad ziemią), cóż za atrakcja. Jak dzieci machaliśmy do siebie, od tego zaczęliśmy. Ciekawe swoją drogą ile osób zaczęłoby od szukania własnych okien, ile od machania jak dzieci sami do siebie… . My ewidentnie jesteśmy z tej drugiej grupy, co to machają do siebie do kamery i mają radość, że na monitorze sobie machają,….ech 🙂
Po tym jak wyprosił nas miły ochroniarz, bo właśnie zamykają, udaliśmy się w dalszą podróż, o której długo by jeszcze można opowiadać,  ale powiem już tylko o rzeczach dwóch.
Koło dróg, jezdni i szos leżą wypasione kołpaki, a na drodze koło DTŚ na portowej jakiś koleś biegł i śpiewał do siebie za nic mając wstyd i mijanych city – pielgrzymów. No taki sobie biegł, duży w pomarańczy, albo innym neonie i z brodą.

Cztery godziny, dwa dziki pielgrzymy, tysiąc pińcet kalorii na głowę, radość dla serca, wysiłek dla nóg, jedna gastro opinia. Dziko!






 

 

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Gender i feminizm, jako rodzaj upośledzenia społecznego.

Ideologia gender to jedna z głupszych rzeczy jakie dane było mi poznać w życiu.

Wartość tej ideologii w odniesieniu do czegoś co można byłoby nazwać prawdą czy słusznością, jest taka jaką byłoby nazwanie promu kosmicznego – łamigłówką z zapałek. Absurd. I takim absurdem jest ta właśnie ideologia.

Zygmunt Freud powiedział “Anatomia to przeznaczenie”. I choć myśl swoją rozwinął głęboko, głównie w odniesieniu do rozwoju psychicznego, jest to prawda w pewnym sensie fundamentalna.

Proszę sobie wyobrazić, że jako miesięczne dziecko będę przygotowywany do tego, żeby w wieku 21 lat zostać mistrzem świata w biegu na 100 metrów. Mam 180cm, jestem szczupły, mam takie, a nie inne predyspozycje fizyczne i psychiczne. I choćbym trenował od pierwszego roku życia nieustannie pod okiem najlepszych trenerów, w najlepszym wypadku zostanę mistrzem okręgu, może będę piąty w Polsce. Bo Usain Bolt to fizjologiczny zbieg najlepszych cech gatunku ludzkiego, jaki do dziś zrodził się na planecie Ziemia w kontekście: człowiek – sprint na 100m. Tyle.

Biologia to przeznaczenie. A gender i feminizm to próba zburzenia naturalnego porządku rzeczy, tj nadawanie cech dominujących w danej płci – innej płci. To proces kulturowego wypaczania natury – czegoś co zostało zaprojektowane przez nieskończenie genialnego inżyniera, którego zrozumienie wykracza poza ludzką zdolność abstrahowania.

Gender i feminizm, możnaby się pokusić o stwierdzenie, jest celowym mechanizmem regulowania populacji społeczeństw. Oczywiście jest to element zagłady danej kultury – tej w której się rozprzestrzenia, jak rak.

Proces rozwoju społeczeństwa w danej kulturze państwowej zakłada, że ze związku  mężczyzny i kobiety rodzi się co najmniej 3 dzieci i dotyczy to wszystkich zdolnych do prokreacji ludzi, którzy złączą się w pary (model raczej matematyczny, częściej jedni nie będą mieć, inni będą mieć np. 6 dzieci). Wtedy społeczeństwo się rozwija. Jeśli będzie ich mniej społeczeństwo albo nie będzie się rozwijać, albo będzie wymierać.
Ruch gender i ruchy feministyczne zakładają równość płci w zakresie sprawowania wszelakich ról społecznych. Całkowicie umniejsza się roli kobiety jako matki stawiając na piedestale jej rozwój i niezależność. Jest to idea jakże piękna, z tym jednym zastrzeżeniem, że jej rozwój prowadzi do zagłady społecznej struktury państwowej, w której się rozwija. Innymi słowy kraj zarażony absurdem gender i feminizmem musi upaść. Kobiety, które nie chcę doświadczać kobiecość przez pryzmat macierzyństwa doprowadzą do upadku społeczeństwa. Oczywiście nie mają pewnie świadomości tego procesu. Ale co jeśli tu i teraz liczy się tylko wygoda i rozwój osobisty. A warto w tym miejscu przypomnieć, że nastawienie na ja – ja to, ja tamto, moje prawo, moja niezależność – to zbiór cech o nazwie głębszej – egoizm.

Człowiek to nie jeden z gatunków hermafrodyckich żab, które potrafią zmieniać płeć. Żeby przetrwać niezbędny jest element prokreacji. Przetrwanie gatunku to nie ideologia wygody i równości, tylko wypełnianie swojego biologicznego i fizjologicznego powołania. Oczywiście nie chodzi tu o to, że kobieta nie może się rozwijać. Może, tu chodzi o celowe wypaczanie ludzkiej świadomości.

Kultura zachodu, w tym w całej rozciągłości UE, to ta część światowej kultury, która promuje te absurdalne, auto-destrukcyjne mechanizmy. Stąd moja głęboka obawa, czy UE i jej myśl rozwoju społecznego – liberalna na wskroś, jest tą właściwą. Moim zdaniem nie i to zdecydowanie. Oparta na liberalnych pobudkach wolność zachodnio-europejska, odrywa ludzi od ich biologicznych uwarunkowań. Symbolicznie to rodzaj węża, który zjada własny ogon.
Podobnemu rozwojowi Europy w duchu nowoczesnych – liberalnych wartości towarzyszy przeświadczenie o mądrości, wyższości. Jednocześnie myślenie uwzględniające wartości głębsze, duchowe, czy religijne uważa się za średniowieczne, choć wprost wyrażają rozwój ducha – wnętrza, umniejszając zewnętrzności: maskom społecznym, celebryctwu i dobrom materialnym – konsumpcjonizmowi.

Ta liberalna mądrość jawi mi się jako genialny psychopata. Ma na wszystko odpowiedź, z chłodem rozwiązuje różne zagadnienia, to istny kult rozumu – taki bożek materii – tego co zewnętrzne i powierzchowne. Liberalna psychopatia ma zawsze prawa, prawa i prawa – twór egotyczny pełną parą.
Jednak psychopata nawet genialny to człowiecza pustka, to brak głębi, to komputer wykonujący zadania. I zupełny brak człowieka w człowieku. To jak karoseria Lamborghini Aventadora, bez silnika – bez pełni jest niczym. Tak jak niczym jest kultura zachodu oparta na rozumie i liberalnej nowoczesności, oderwana od rozwoju duszy, oderwana od religii, która jest fundamentem tego świata, fundamentem rozwoju duszy, głębi.
Głębia jest pełnią, w której to co wewnętrzne stanowi o sile i jedności człowieka, narodu. Dla której dobra doczesne, materializm jest jedynie uzupełnieniem życia, a nie bożkiem zaklętym w marketingowym przeświadczeniu o jego niezbędności.

Życie to nieustanne poszukiwanie głębi. KIedyś jeden mądry człowiek powiedział, że odkąd zostajemy powołani do życia, jeszcze w łonie matki odczuwamy pragnienie pełni. Tą pełnią jest zjednoczenie sercem z innymi ludźmi, z całym istnieniem. Religia Katolicka nazywa to zjednoczeniem w Kościele – które jest mistycznym ciałem Chrystusa. To jedno wielkie gorejące serce, w sieci którego wszyscy jesteśmy złączeni miłością z Bogiem. To chce się nam odebrać, ale utrata tego stanowi o naszej porażce. Dlatego gender i inne bzdury pochodzące z liberalno – wolnościowej polityki zachodu uważam za zagrożenie dla pełni życia, w której chce się nas sprowadzić do bezmyślnych, zadufanych w sobie, bezdusznych i powierzchownych konsumentów byle jakich dóbr.
A przecież powstaliśmy na obraz Boga…

 

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Handel w niedzielę – jestem na NIE

“Zauważyłem, że wszyscy którzy wspierają aborcję zdążyli się już urodzić”
Ronald Regan

Nie to nie o aborcji będzie ten tekst. Jestem zbyt mały, żeby wypowiadać się w tej kwestii.
Wybrałem ten cytat, bo jest genialny w swojej prostocie. Jest też absolutnie logiczny, tak, że nie da mu się zaprzeczyć.
Oto słucham od jakiegoś czasu licznych argumentów, od oburzonych ograniczeniem handlu w niedzielę. Absolutni i zdecydowani przeciwnicy to ogół tych wszystkich (spośród tych, których zdanie poznałem), którzy w życiu ani minuty nie przepracowali na hali sprzedażowej w niedzielę. Wszyscy Ci życzą sobie miłego weekendu, uznając swoje prawo do odpoczynku i uznając weekend za czas na odpoczynek. Ci sami właśnie tak zawzięcie, chcą odebrać innym ten przywilej. To zwykle obrońcy demokracji i obrońcy prawdy. Obrońcy wolności, którzy wolność swoją wywyższają ponad wolność innych.  Którzy prawa do odpoczynku, chcą doświadczać w poniżeniu drugiego człowieka. A poniżenie jest ich orężem, skoro świadomie decydują własną wolą o przyzwoleniu i oczekiwaniu, że inni będą w niedzielę pracować.
Taki akt woli z jednoczesnym prawem własnym do odpoczynku, jest obłudą. Jest kłamstwem wewnętrznym. Jest manipulacją. Jest pychą, jest bowiem wywyższeniem siebie ponad innych.
Pracowałem ponad 2,5 roku w handlu, w większość niedziel. Nie przypominam sobie, żebym z tej racji czuł się wyjątkowo czy szczególnie. Nie przypominam sobie z tego czasu ani głodnych, ani obdartych, którzy w niedzielę przyszli do Hipermarketu zaspokoić to co niezbędne.
Byli bo mogli, a ja wolałbym, żeby nie mogli, tak jak ja chciałem wtedy mieć możliwość odpoczynku. Chciałem móc odpocząć z rodziną lub przyjaciółmi a nie mogłem, bo nikt w prawie nie uznał takiej mojej potrzeby.
Teraz kiedy jest taka możliwość, żeby zdecydować, chcę aby inni ludzie, tak jak ja mieli prawo do odpoczynku właśnie w tym dniu, w którym mogą połączyć się bliskimi.

 

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kolonie i obozy dla dzieci, co jest ważne i co z telefonem ?

Kolonia, czy obóz to szczególnie dla kilkulatka szkoła życia i często pierwszy sprawdzian samodzielności. Bardzo ważne, żeby ten czas wykorzystać nie tylko na odpoczynek, ale żeby faktycznie był szkołą życia i dojrzewaniem do pełnienia w przyszłości ról społecznych.
Tak, czy mamy czy nie mamy tego świadomość – od urodzenia nasze dziecko uczy się kompetencji do tego, by w dorosłości osiągnąć samodzielność. Im lepiej przygotujemy go do tego celu, tym lepszy start zapewnimy mu w przyszłość. Kwestie dobrego wychowania dziecka to temat rzeka, dlatego w tym tekście przyjrzymy się jedynie tym aspektom, które wiążą się z wyjazdem na kolonię.

Pierwsza rzecz – kto powinien ?

Sami znamy swoje dzieci najlepiej i wiemy jak zachowują się w grupie. Jeśli przez całe życie chodzimy za dzieckiem jak cień, byle tylko nie potknął się lub nie pobrudził, jest duża szansa, że na kolonii dziecko sobie nie poradzi. Pamiętam na jednym ze szkoleń, jak prowadząca podniosła temat alarmu lękowego. To taki rodzaj paranoi ( tego określenia używam jako zwyczajowego i nie stanowi ono definicji medycznej), w którym rodzic wszędzie widzi zagrożenie i nie ocenia realnie zagrożeń faktycznych. Np nie pozwala dziecku wejść na krawężnik, bo się przewróci i zrobi sobie krzywdę, nie może biegać bo się spoci i zachoruje, albo się przewróci. Choć przytoczone przykłady to tylko kropla możliwych scenariuszy, są one bardzo życiowe i osobiście znam matki, dla których taki rodzaj wychowywania dziecka jest normą. Matki takie, często również ojcowie nie mają świadomości zabijania w dzieciach spontaniczności i budowania w nich ograniczeń, które zostaną z nimi często do końca życia. Tak więc, dzieci nader ograniczane w relacjach rówieśniczych, tzn. takie, których dziecięca spontaniczność ograniczana jest wspomnianym alarmem lękowym z dużym prawdopodobieństwem nie poradzą sobie na kolonii. Nie poradzą tzn, towarzyszyć im będą uczucia takie jak lęk, niepokój. To z kolei może spowodować odrzucenie przez grupę. Dzieci takie mogą stać się przedmiotem drwin, co w przypadku kilkulatków, które dopiero uczą się relacji międzyludzkich jest rzeczą częstą, z którą należy się liczyć. Nie ma jednoznacznych wytycznych ustalających właściwy wiek dla wyjazdu dziecka na kolonię. Każde dziecko rozwija się w innym zasobie kulturowym rodziny biologicznej, innym środowisku lokalnym, środowisku szkolno – przedszkolnym. Ważna jest więc intuicja rodziców co do własnego dziecka, oraz świadomość własnych umiejętności i braków dotyczących kompetencji wychowawczych. Osobiście uważam, że dobrze, aby dziecko miało za sobą pierwszą klasę szkoły podstawowej, w której relacje i oczekiwania względem dziecka znacząco różnić się będą od zespołów przedszkolnych. To jednak opinia własna i nie powinna stanowić arbitrażu w kwestii decyzji indywidualnych.

Druga rzecz – dlaczego powinien ?

Motywacje do wysyłania dziecka na kolonię możemy mieć różne. Przede wszystkim potrzeba zapewnienia dziecku opieki na wakacje, kiedy rodzice pracują. To ważny argument, bo pracować musimy, ale nie powinien być argumentem głównym, który nie uwzględnia tego o czym napisałem powyżej.  Szkoła samodzielności, to szkoła życia. I tu moim zdaniem pojawia się najważniejszy powód dla którego dziecko powinno jechać na kolonię. Kolonia to sprawdzam tego, czego nauczyliśmy je wcześniej, a sami wiemy doskonale co nasze dziecko potrafi.

W tym miejscu pojawia się zagadnienie tytułowe. Otóż największym, w mojej ocenie błędem – i to również znam jako przykład z mojego otoczenia, jest pozostawienie dziecku do nieograniczonego kontaktu telefonu komórkowego w trakcie kolonii. Lęk jest uczuciem wynikającym z przekonania, że jakiś stan, czynność, zdarzenie, które wydarza się właśnie teraz lub ma się wydarzyć za chwilę, jest dla nas za trudne. Jedynym, warto zaznaczyć to raz jeszcze – jedynym sposobem na pokonanie lęku i podobnego przekonania (jest to element rozwoju duchowego, osobowościowego, społecznego) jest konfrontacja z lękiem. Jeśli dziecko pojedzie na kolonię, to na kolonii ma poradzić sobie samo, tak samo jak inne dzieci w podobnym wieku w jego grupie. To jest właśnie szkoła życia.
Oczywiście nasze przekonanie mamy oprzeć na fundamencie, którym jest ustalenie przez organizatora właściwego programu kolonii, właściwego pod względem wiekowym podziału grup, oraz dobór kompetentnej kadry pedagogicznej. Szczególnie ważne są kompetencje w przypadku dzieci małych, które na kolonię jadą pierwszy raz w życiu. W takim przypadku student pierwszego roku z kursem pedagogicznym może być niewystarczającym pedagogiem, choć np. świetnie sprawdziłby się z grupą 12-latków.

Wracając do telefonu rozważmy dwa scenariusze, 7 latek z telefonem i bez telefonu.

Pierwsza opcja – z telefonem (mam na myśli stały dostęp). Dziecko, które po przyjeździe na miejsce odkrywa, że wszystko jest nowe, nie zawiązało jeszcze bliższych więzi z większością rówieśników w grupie, odczuwa niepokój. Pierwsza myśl – mamina spódnica. Tak więc telefon w dłoń i dzwoni, że nie chce zostać, że chce wrócić. Rodzic zamiast odpoczywać, odczuwa pierwszy dyskomfort i ciężar decyzji – tak dla telefonu. Uspokaja dziecko na chwilę, bo jest przy nim, choć tylko prowizorycznie przez telefon. Dziecko zrzuciło z siebie emocjonalny balast, przy asekuracji mamy w trakcie jej dyżury telefonicznego. Pierwsza konfrontacja o miejsce na stołówce, pierwsza uraza. I ten sygnał w głowie – mama pomoże. Znów łapie za telefon i czeka na telefoniczne pocieszenie matki. W kolejnej ważnej z punktu widzenia rozwoju emocjonalnego i społecznego decyzji nie dojrzewa sam, tylko asekuruje się matką. Dalej są wycieczki, konfrontacja w licznych zajęciach sportowych i tp. Telefon dzwoni coraz częściej, a tęsknota i emocjonalny balast dziecka narastają. Z czasem kolonia jest traumą i dla dziecka i dla rodzica, który myślami nie jest ani w pracy, ani przy wypoczynku, ale przy niepokoju dziecka.
Telefon zabija potrzebę odkrywania, eksploracji i chęć udziału w zajęciach wymagających wysiłku (to wiem z obserwacji choćby własnego dziecka, własnie sześcio –  latka), czyli składowych części sukcesu człowieka dorosłego, gdzie liczą się właśnie cechy takie jak determinacja, zdecydowanie, pomysłowość i skłonność do wysiłku.
Telefon daje nieskrępowany dostęp do wszelkich treści umieszczonych w globalnej sieci, czyli internecie. Obok popularnych piosenek „Fasolek” są tam również niemal nagie kobiety tańczące w teledyskach licznych wykonawców, które promowane są na pierwszych stronach popularnych portali, albowiem nagość jest dziś zwyczajnym towarem. Są również gry przepełnione przemocą, oraz pornografia i wszelkiej maści treści, o których wiemy, że nigdy, ale to nigdy nie chcielibyśmy, alby nasze dziecko się o nich dowiedziało. I o ile ręczyć za własne dziecko każdy z nas może, o tyle to kim jest dziecko obok nas już nie. I wystarczy choć jedno dziecko, któremu temat pornografii jest znany, aby większość rówieśników na kolonii zaraziła się tym obrazem świata. A ten obraz zostanie w nim na zawsze i zapamiętany może odgrywać w jego życiu negatywną rolę jeszcze wiele razy. To z kolei zwraca uwagę na temat dostępu do internetu dla dziecka w ogóle, czyli np. w domu, w szkole, a nie tylko na kolonii.
XXI wiek niesie ze sobą znacznie więcej niebezpieczeństw wobec dzieci niż lata ’80 w których przyszło się wychowywać np. mnie. O tym mamy wręcz obowiązek pamiętać.

Opcja druga – dziecko może mieć telefon przechowywany u wychowawcy, który dostaje np. dwukrotnie w trakcie kolonii, ważne żeby to z góry określić, np po 4 i 8 dniach. Nie dobrze, jeśli telefon dziecko mogłoby wykonać po dojechaniu na miejsce, ze względu na wspomniany wyżej mechanizm. Taki sms zbiorczy organizator może wysłać do rodziców i powinien to zapewnić w trakcie ustalania warunków organizacyjnych, ważne żeby odbyło się to niezależnie od dzieci i WAŻNE żeby dzieci były na to przygotowane. Cokolwiek się nie wydarzy, to rzeczy i problemy typowe dla kolonii. Tęsknota, żal, konfrontacja, to ludzkie i bardzo typowe dla dzieci uczucia. Pozwólmy im je przeżyć. Samemu wypracować strategie ich pokonania, tak by stały się dla nich osobistym zasobem, z którego będą czerpać w przyszłości. Pierwsza rzecz – tęsknota nie zabija. Druga rzecz – żal nie zabija. Trzecia rzecz konfrontacja dziecięca nie zabija, zresztą w szkole i tak będą jej doświadczać, bo tak zbudowany jest system edukacji. A nad prawidłowością tych procesów ludzkich i bardziej naturalnych niż naukowych (choć tak może to brzmieć w niniejszym opracowaniu) czuwają przecież wychowawcy.
Tak więc kolonia to naturalna szkoła życia, pozwólmy dzieciom podejrzewać. Nie ograniczajmy ich telefonami, których potrzebujemy nie dla troski, ale dla utrzymania silnych mechanizmów kontroli (kontrolowania wszystkiego i wszystkich w zasięgu), silnie rozwiniętych w człowieku XXI wieku. Nie ryzykujmy odkrywania w telefonie treści, które są destrukcyjne dla człowieka w ogóle, a dla dziecka, które dopiero tworzy swój moralny i osobowościowy kręgosłup – szczególnie.

Oczywiście nie sposób wszystkiego przewidzieć i o wszystkim opowiedzieć. Każda kolonia, organizator, sytuacje są inne. W związku z tym nie ma jednolitej, właściwej recepty na kolonię idealną. Potrzeba stworzenia takiej recepty byłaby wręcz dowodem, że wszystko chcemy kontrolować i nad wszystkim zapanować, co właśnie najbardziej niszczy i ogranicza ludzką swobodę i rozwój. Również ten, który dotyczy naszych dzieci. Sprawdźmy to co ważne, zadbajmy o to zawczasu, zanim kolonia się zacznie. Potem oddajmy dzieci życiowej przygodzie, która pozwoli im się wzmocnić i urosnąć.

Marcin Węcek

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Spaceriada

Raz dwa, raz dwa, biegnie już trzeci raz. I to tempo, jakby właśnie zaczął. Usportowiony biegacz minął nas tak, jak nasze stopy mijały kolejne kostki w chodniku. I trzeci raz wzbudził zainteresowanie Kamula, oraz mój podziw. Tyle razy próbowałem w życiu biegać, ale za każdym razem początek, jak poród zapadał mi traumą w pamięci. Ten wysiłek. Walka każdej najmniejszej ilości powietrza z płucami, w których się rozpycha ze wszystkich sił. A on biegł jakby nigdy tak nie miał. Minus pięć, lodówka, a on, raz, drugi, trzeci. I ledwie nas minął, ledwie się nad jego tematem pochyliliśmy, coś skłaniało nas żeby się odwrócić. A on był już daleko.

No tak i to trwało łącznie może minutę, góra półtora. A przecież w trasie baj kopernikus mroznus oceanus przemierzaliśmy kolejne kilometry (szalone trzy) z amigo Kamulosem  dobre 1,5 godziny. Czułem się jak Kamiński na biegunie, co za odwaga, tak mierzyć się z mrozem. No a po chwili nadbiegał biegacz sarenka i już tak  kolorowo nie było. Wtedy on stawał się Kamińskim a my pasztetem w jego plecaku 🙂
A tak serio jestesmy goście, bo wielu zostało przed telewizorem.
Do startu.
Ponieważ Kamula znam już dłuuuugo, wiedziałem, że w umówionym miejscu nie ma co czekać. Spotkaliśmy się koło abc przy harcerskiej, blisko miejsca spotkania bo wyszedłem mu naprzeciw.  Zrobiliśmy szybkie zakupy we wspomnianym abc, czyli papierosy dla wentylacji płuc i sezamki dla podniesienia zasobów energii, niezbędnej do właściwej pracy mięśni, w tych jakże niekorzystnych warunkach klimatycznych.
Ruszyli.
Za pierwszym zakrętem Kamul poprosił o pierwszą przerwę na papierosa. Nie był zdyszany, bo kondycyjnie plasuje się daleko przede mną, ale uznał, że pora na wentylację. Zatrzymaliśmy się, on rozpoczął marlboro air flow baj płuca, a mnie dał swój nowy nabytek. Iphone SE, całkiem niezły. Przede wszystkim zgrabny telefon a nie wielka tabliczka czekolady z androidem. Każdy Iphone z racji telefonicznych rozmiarów jest lepszy od tabliczek czekolady z robotem zielonym. I tyle.
Poszli.
A że to, że tamto, kto to wie, ledwie minęliśmy garaże a on – biegacz sarenka już kolejny raz – tym razem z drugiej części osiedla, minął nas jakby nigdy nic.  Kolejny przystanek koło kąpieliska, kolejna wentylacja i mamy plany. Idziemy do hotelu, zobaczyć co senior Malinowski nabył od miasta i jak wyglądają nad tym prace. No i zbadaliśmy fachowym wzrokiem: co, jak, gdzie pokoje, restauracja, czemu, a dlaczego ta  ściana tu a nie tam. Fachowcy od mrozu, przystanęliśmy w debacie, czy to będzie hotel biznes bardziej, czy może economy. Szczegółów debaty nie zdradzimy, my specjaliści fachowcy też mamy swoje tajemnice. Ustaliliśmy tylko gdzie powinny stać parasole, fontanny i jak do hotelu przyłączyć jeden z basenów. Niby to trzeba kończyć architekturę, a my zaplecze innych branż się znamy to wiemy, więc wymyśliliśmy. Będzie pięknie tak czy owak, chociaż lepiej jakby ruszyła też kręgielnia, a restauracja gościła nie tylko podróżnych ale i Koperniczańskich ludzi tutejszych. Bo Koperniczanom oferty de’lux brakuje jak powietrza. Tu już tylko pustka “U Dziadka”, pizza nr 4 i psy wyjące tuż po dwudziestej. No chyba, że ktoś za rozrywkę uznaje podróż 126 do Łabęd, to też można. Albo 32. Albo 197 🙂
Poszli dalej.
I doszli na drugi koniec basenów bo do Olimpijczyka. Na basenie złoilismy po napoju z automatu raz kawa, raz czekolada, wypite oba w ok 10 sek. Wrzątek…, nie szkodzi. Zresztą za późno na informację, że gorące, bo już wypiliśmy. Tu trzeba pomysłu co dalej na te inne, przyszłe dni. Saunę już znamy, to jest dobre, to sprawdza się. Mamy więc kalkulator przed sobą, stojąc przy cenniku i przeliczamy te minuty na godziny, bo my się nie rozdrabniamy na drobne nigdy. Jak spacer to na mrozie, jak odmiana, to sauna plus sześćdziesiąt. Klikl, klik, klik i mamy 21 za godzinę, drogo Amigo, tu trzeba najmniej 1,5 godziny. Mówiłem nie rozdrabniamy się. Bez zbędnych dywagacji ruszyliśmy dalej. Tuż przed Olimpijczykiem lodowisko stoi, leży, jest tam w każdym razie takie na zmieni pomiędzy drzewami.  I tu Kamul – no przecież nie bylibyśmy sobą, jakbyśmy nie weszli. Ciach i już byliśmy na tafli. Ja prawie przytuliłem zmarzniętą ziemię przed wejściem, Kamul tuż po zejściu z lodowiska.
Ruszyliśmy dalej, tak dochodząc do dawnego Esso. Dla mnie obecna stacja Lotos przy Toszeckiej, obok Kopernika już zawsze będzie Esso. To było między innymi jedne z tych miejsc – co to ich na Koperniku brakuje. Nasza mała wyspa kultury, bo tak dawno temu traktowaliśmy  regularne upajanie się alkoholem – to niewykwintne zajęcie dla dzieci robotników, którzy wakacji na spędzali na Maderze, a ferii w Alpach. Tyle było nasze – Eldorado – Kopernik, tory, kąpielisko i Esso.
Przy Lotosie (czyli Esso :-)) przeprowadziliśmy jeszcze głęboką dysputę o charakterze ekonomicznym, uwzględniając zagadnienia takie jak rynek bankowy, pożyczki, raty, spłaty i podobne.
Tak dobiegła nasza wyprawa baj mroznus oceanus kopernikus w dniu wczorajszym, czyli 15 stycznia 2018 roku. Takim był ów wieczór, w towarzystwie komprendos Kamulos. Taka historia o dwóch takich co to znają się na hotelach, gwiazdach, gastronomii, lodowiskach, saunach, ekonomii, bankowości, biegach, sporcie i wielu innych sprawach, że ho ho.

mw

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz