Gastro recenzje – 1


Tego dnia ruszyli tuż po zmierzchu u zbiegu ulic myśliwskiej i toszeckiej. W bliżej nieokreślonym kierunku, wprost w objęcia mroźnych ostępów gliwickich szlaków, ponieśli śnieżne kamasze w dzikim odruchu serca. Kilometry łoić, oddechy wydłużać, obniżać tętno. Udom mięśni jak kamieni przysporzyć. Ale to tylko dodatek do le przyjacielskiej pogawędki w godzin 4, słownie cztery.
Bo w towarzystwie doborowym czas istnieć przestaje, stąd łatwo się ocknąć grubo po 22, kiedy zaczynało się tuż po 18-stej. Kilometrów na pieszo wyszło nam, że 12 jak nic.
Dziki miejskie terenowe sztuk dwie – el kamulos i el blakido.
No więc idziemy, w sumie to już teraz – na radiostację.
Z rzadka niby to zazdrośnie patrzymy na biegaczy, ale ich jest jak mrówek, a zawodowych marszowników, właściwie poza nami,… nie ma. Tak oto my staliśmy się city – pielgrzymami, podróżującymi gdzie chcemy, w dowolnej bliskiej sercu intencji. Tu i tak jesteśmy bezkonkurencyjni, więc teraz to na nas winny zazdrosne spojrzenia biegaczy spocząć – to ci ci, od marszu, patrz jak idą. Jacie!

Protoplaści marszu miejskiego, gladiatorzy zdartej zelówki, dziki kopernicko – sztabowe szli więc dalej. I tak doszli do Obrońców Pokoju, by w asyście swojego doborowego towarzystwa rozprawiać dalej o tym i owym. Bo my na sprawach Gliwic znamy się jak nikt. Rada Miejska z samej tylko powagi naszej rangi powinna konsultować u nas wszelkie projekty. No z nami i tym detektywem Marianem Jabłońskim, co to go z Kamulosem lubimy, bo jest gliwicko – swojski i swój tak, jak baranica i kierpce na Podhalu.
Tutaj proszę ja Ciebie była kiedyś pizzeria. Odrzekł Kamul z  wiadomą powagą eksperta.
Yhmmmm, odrzekłem zawrotnie. No a teraz już nie ma.
Tymczasem nieopodal zauważyliśmy zawieszki w witrynie, że będzie batman tj. pizzeria. No i znów jest. Zwroty akcji jak w kinie akcji z lat ‘90. Ale skoro tymczasem nie ma, a wplecioną w marsz dzika tradycją jego twórców jest kubek kawy z automatu, zobligowani byliśmy ów automat odnaleźć. Tak też się stało.

Logo nad drzwiami, że Schmidt cukiernia, piekarnia. No i doczekaliście się recenzji. Niby to Michelin przyznaje gwiazdki, ale to tam u nich, dla tych co przed ułożeniem porcji mięsa na talerz dopuszczają się grzechu onana. Dla ludzi zwyczajnych (normalnych, którzy grzechu tegoż nie popełniają, przed czynnością zwyczajową jaką jest jedzenie), nasza recenzja jest tą właściwą.
Kamul, wchodzi, ja również – zaczynamy.
Dwa skobki, siedzenia nieduże z boku, więc można usiąść. Mimo lekko ponad normatywnych rozmiarów Kamula usiadł wygodnie, więc polecić dla dwojga lokal można każdemu. Dla dwojga i tylko dla dwojga, bo lokal nie jest kawiarnią, ale punktem sprzedażowym z tymiż skobkami, dla kupujących i city – pielgrzymów jak my.
Kawa za bodaj 4,5 dostojna smakiem w tej cenie i w wydaniu papierowo-kubkowym, więc trochę mniej wykwintnie.  Babka piaskowa czy cytrynowa zacna, odpowiednio wilgotna. Kremowiec taki z żółtą galaretką zapychacz cukrowy az miło, że trudno przysiąść do babki. Obsługa miła, do pogadania o pogodzie i nadchodzącym tłustym czwartku.
Nie mamy jeszcze skali, ale na pytanie czy polecam, odpowiem – ja znów wejdę.
Bez siarczystych pożegnań z szarmanckim dziękuję ruszyliśmy dalej.
Dotarliśmy na radiostację. Śniegu pełno, wieża drewniana stoi, świeci, jest jak była, obok ławki, no ogólnie Radiostacja. No i obok park sensoryczny. Wiele o nim informacji, że jest, potem już zepsuty, znów jest. Ale, skoro otwarte jest decyzja, znów zgodnie – wchodzimy!
Już na wejściu monitor i kamera. Palcem po monitorze przesuwasz kamerę na wieży (100 m nad ziemią), cóż za atrakcja. Jak dzieci machaliśmy do siebie, od tego zaczęliśmy. Ciekawe swoją drogą ile osób zaczęłoby od szukania własnych okien, ile od machania jak dzieci sami do siebie… . My ewidentnie jesteśmy z tej drugiej grupy, co to machają do siebie do kamery i mają radość, że na monitorze sobie machają,….ech 🙂
Po tym jak wyprosił nas miły ochroniarz, bo właśnie zamykają, udaliśmy się w dalszą podróż, o której długo by jeszcze można opowiadać,  ale powiem już tylko o rzeczach dwóch.
Koło dróg, jezdni i szos leżą wypasione kołpaki, a na drodze koło DTŚ na portowej jakiś koleś biegł i śpiewał do siebie za nic mając wstyd i mijanych city – pielgrzymów. No taki sobie biegł, duży w pomarańczy, albo innym neonie i z brodą.

Cztery godziny, dwa dziki pielgrzymy, tysiąc pińcet kalorii na głowę, radość dla serca, wysiłek dla nóg, jedna gastro opinia. Dziko!






 

 

Reklamy
Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Gender i feminizm, jako rodzaj upośledzenia społecznego.

Ideologia gender to jedna z głupszych rzeczy jakie dane było mi poznać w życiu.

Wartość tej ideologii w odniesieniu do czegoś co można byłoby nazwać prawdą czy słusznością, jest taka jaką byłoby nazwanie promu kosmicznego – łamigłówką z zapałek. Absurd. I takim absurdem jest ta właśnie ta ideologia.

Zygmunt Freud powiedział “Anatomia to przeznaczenie”. I choć myśl swoją rozwinął głęboko, głównie w odniesieniu do rozwoju psychicznego, jest to prawda w pewnym sensie fundamentalna.

Proszę sobie wyobrazić, że jako miesięczne dziecko będę przygotowywany do tego, żeby w wieku 21 lat zostać mistrzem świata w biegu na 100 metrów. Mam 180cm, jestem szczupły, mam takie, a nie inne predyspozycje fizyczne i psychiczne. I choćbym trenował od pierwszego roku życia nieustannie pod okiem najlepszych trenerów, w najlepszym wypadku zostanę mistrzem okręgu, może będę piąty w Polsce. Bo Usain Bolt to fizjologiczny zbieg najlepszych cech gatunku ludzkiego, jaki do dziś zrodził się na planecie Ziemia w kontekście: człowiek – sprint na 100m. Tyle.

Biologia to przeznaczenie. A gender i feminizm to próba zburzenia naturalnego porządku rzeczy, tj nadawanie cech dominujących w danej płci – innej płci. To proces kulturowego wypaczania natury – czegoś co zostało zaprojektowane przez nieskończenie genialnego inżyniera, którego zrozumienie wykracza poza ludzką zdolność abstrahowania.

Gender i feminizm, możnaby się pokusić o stwierdzenie, jest celowym mechanizmem regulowania populacji społeczeństw. Oczywiście jest to element zagłady danej kultury – tej w której się rozprzestrzenia, jak rak.

Proces rozwoju społeczeństwa w danej kulturze państwowej zakłada, że ze związku  mężczyzny i kobiety rodzi się co najmniej 3 dzieci i dotyczy to wszystkich zdolnych do prokreacji ludzi, którzy złączą się w pary (model raczej matematyczny, częściej jedni nie będą mieć, inni będą mieć np. 6 dzieci). Wtedy społeczeństwo się rozwija. Jeśli będzie ich mniej społeczeństwo albo nie będzie się rozwijać, albo będzie wymierać.
Ruch gender i ruchy feministyczne zakładają równość płci w zakresie sprawowania wszelakich ról społecznych. Całkowicie umniejsza się roli kobiety jako matki stawiając na piedestale jej rozwój i niezależność. Jest to idea jakże piękna, z tym jednym zastrzeżeniem, że jej rozwój prowadzi do zagłady społecznej struktury państwowej, w której się rozwija. Innymi słowy kraj zarażony absurdem gender i feminizmem musi upaść. Kobiety, które nie chcę doświadczać kobiecość przez pryzmat macierzyństwa doprowadzą do upadku społeczeństwa. Oczywiście nie mają pewnie świadomości tego procesu. Ale co jeśli tu i teraz liczy się tylko wygoda i rozwój osobisty. A warto w tym miejscu przypomnieć, że nastawienie na ja – ja to, ja tamto, moje prawo, moja niezależność – to zbiór cech o nazwie głębszej – egoizm.

Człowiek to nie jeden z gatunków hermafrodyckich żab, które potrafią zmieniać płeć. Żeby przetrwać niezbędny jest element prokreacji. Przetrwanie gatunku to nie ideologia wygody i równości, tylko wypełnianie swojego biologicznego i fizjologicznego powołania. Oczywiście nie chodzi tu o to, że kobieta nie może się rozwijać. Może, tu chodzi o celowe wypaczanie ludzkiej świadomości.

Kultura zachodu, w tym w całej rozciągłości UE, to ta część światowej kultury, która promuje te absurdalne, auto-destrukcyjne mechanizmy. Stąd moja głęboka obawa, czy UE i jej myśl rozwoju społecznego – liberalna na wskroś, jest tą właściwą. Moim zdaniem nie i to zdecydowanie. Oparta na liberalnych pobudkach wolność zachodnio-europejska, odrywa ludzi od ich biologicznych uwarunkowań. Symbolicznie to rodzaj węża, który zjada własny ogon.
Podobnemu rozwojowi Europy w duchu nowoczesnych – liberalnych wartości towarzyszy przeświadczenie o mądrości, wyższości. Jednocześnie myślenie uwzględniające wartości głębsze, duchowe, czy religijne uważa się za średniowieczne, choć wprost wyrażają rozwój ducha – wnętrza, umniejszając zewnętrzności: maskom społecznym, celebryctwu i dobrom materialnym – konsumpcjonizmowi.

Ta liberalna mądrość jawi mi się jako genialny psychopata. Ma na wszystko odpowiedź, z chłodem rozwiązuje różne zagadnienia, to istny kult rozumu – taki bożek materii – tego co zewnętrzne i powierzchowne. Liberalna psychopatia ma zawsze prawa, prawa i prawa – twór egotyczny pełną parą.
Jednak psychopata nawet genialny to człowiecza pustka, to brak głębi, to komputer wykonujący zadania. I zupełny brak człowieka w człowieku. To jak karoseria Lamborghini Aventadora, bez silnika – bez pełni jest niczym. Tak jak niczym jest kultura zachodu oparta na rozumie i liberalnej nowoczesności, oderwana od rozwoju duszy, oderwana od religii, która jest fundamentem tego świata, fundamentem rozwoju duszy, głębi.
Głębia jest pełnią, w której to co wewnętrzne stanowi o sile i jedności człowieka, narodu. Dla której dobra doczesne, materializm jest jedynie uzupełnieniem życia, a nie bożkiem zaklętym w marketingowym przeświadczeniu o jego niezbędności.

Życie to nieustanne poszukiwanie głębi. KIedyś jeden mądry człowiek powiedział, że odkąd zostajemy powołani do życia, jeszcze w łonie matki odczuwamy pragnienie pełni. Tą pełnią jest zjednoczenie sercem z innymi ludźmi, z całym istnieniem. Religia Katolicka nazywa to zjednoczeniem w Kościele – które jest mistycznym ciałem Chrystusa. To jedno wielkie gorejące serce, w sieci którego wszyscy jesteśmy złączeni miłością z Bogiem. To chce się nam odebrać, ale utrata tego stanowi o naszej porażce. Dlatego gender i inne bzdury pochodzące z liberalno – wolnościowej polityki zachodu uważam za zagrożenie dla pełni życia, w której chce się nas sprowadzić do bezmyślnych, zadufanych w sobie, bezdusznych i powierzchownych konsumentów byle jakich dóbr.
A przecież powstaliśmy na obraz Boga…

 

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Handel w niedzielę – jestem na NIE

“Zauważyłem, że wszyscy którzy wspierają aborcję zdążyli się już urodzić”
Ronald Regan

Nie to nie o aborcji będzie ten tekst. Jestem zbyt mały, żeby wypowiadać się w tej kwestii.
Wybrałem ten cytat, bo jest genialny w swojej prostocie. Jest też absolutnie logiczny, tak, że nie da mu się zaprzeczyć.
Oto słucham od jakiegoś czasu licznych argumentów, od oburzonych ograniczeniem handlu w niedzielę. Absolutni i zdecydowani przeciwnicy to ogół tych wszystkich (spośród tych, których zdanie poznałem), którzy w życiu ani minuty nie przepracowali na hali sprzedażowej w niedzielę. Wszyscy Ci życzą sobie miłego weekendu, uznając swoje prawo do odpoczynku i uznając weekend za czas na odpoczynek. Ci sami właśnie tak zawzięcie, chcą odebrać innym ten przywilej. To zwykle obrońcy demokracji i obrońcy prawdy. Obrońcy wolności, którzy wolność swoją wywyższają ponad wolność innych.  Którzy prawa do odpoczynku, chcą doświadczać w poniżeniu drugiego człowieka. A poniżenie jest ich orężem, skoro świadomie decydują własną wolą o przyzwoleniu i oczekiwaniu, że inni będą w niedzielę pracować.
Taki akt woli z jednoczesnym prawem własnym do odpoczynku, jest obłudą. Jest kłamstwem wewnętrznym. Jest manipulacją. Jest pychą, jest bowiem wywyższeniem siebie ponad innych.
Pracowałem ponad 2,5 roku w handlu, w większość niedziel. Nie przypominam sobie, żebym z tej racji czuł się wyjątkowo czy szczególnie. Nie przypominam sobie z tego czasu ani głodnych, ani obdartych, którzy w niedzielę przyszli do Hipermarketu zaspokoić to co niezbędne.
Byli bo mogli, a ja wolałbym, żeby nie mogli, tak jak ja chciałem wtedy mieć możliwość odpoczynku. Chciałem móc odpocząć z rodziną lub przyjaciółmi a nie mogłem, bo nikt w prawie nie uznał takiej mojej potrzeby.
Teraz kiedy jest taka możliwość, żeby zdecydować, chcę aby inni ludzie, tak jak ja mieli prawo do odpoczynku właśnie w tym dniu, w którym mogą połączyć się bliskimi.

 

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kolonie i obozy dla dzieci, co jest ważne i co z telefonem ?

Kolonia, czy obóz to szczególnie dla kilkulatka szkoła życia i często pierwszy sprawdzian samodzielności. Bardzo ważne, żeby ten czas wykorzystać nie tylko na odpoczynek, ale żeby faktycznie był szkołą życia i dojrzewaniem do pełnienia w przyszłości ról społecznych.
Tak, czy mamy czy nie mamy tego świadomość – od urodzenia nasze dziecko uczy się kompetencji do tego, by w dorosłości osiągnąć samodzielność. Im lepiej przygotujemy go do tego celu, tym lepszy start zapewnimy mu w przyszłość. Kwestie dobrego wychowania dziecka to temat rzeka, dlatego w tym tekście przyjrzymy się jedynie tym aspektom, które wiążą się z wyjazdem na kolonię.

Pierwsza rzecz – kto powinien ?

Sami znamy swoje dzieci najlepiej i wiemy jak zachowują się w grupie. Jeśli przez całe życie chodzimy za dzieckiem jak cień, byle tylko nie potknął się lub nie pobrudził, jest duża szansa, że na kolonii dziecko sobie nie poradzi. Pamiętam na jednym ze szkoleń, jak prowadząca podniosła temat alarmu lękowego. To taki rodzaj paranoi ( tego określenia używam jako zwyczajowego i nie stanowi ono definicji medycznej), w którym rodzic wszędzie widzi zagrożenie i nie ocenia realnie zagrożeń faktycznych. Np nie pozwala dziecku wejść na krawężnik, bo się przewróci i zrobi sobie krzywdę, nie może biegać bo się spoci i zachoruje, albo się przewróci. Choć przytoczone przykłady to tylko kropla możliwych scenariuszy, są one bardzo życiowe i osobiście znam matki, dla których taki rodzaj wychowywania dziecka jest normą. Matki takie, często również ojcowie nie mają świadomości zabijania w dzieciach spontaniczności i budowania w nich ograniczeń, które zostaną z nimi często do końca życia. Tak więc, dzieci nader ograniczane w relacjach rówieśniczych, tzn. takie, których dziecięca spontaniczność ograniczana jest wspomnianym alarmem lękowym z dużym prawdopodobieństwem nie poradzą sobie na kolonii. Nie poradzą tzn, towarzyszyć im będą uczucia takie jak lęk, niepokój. To z kolei może spowodować odrzucenie przez grupę. Dzieci takie mogą stać się przedmiotem drwin, co w przypadku kilkulatków, które dopiero uczą się relacji międzyludzkich jest rzeczą częstą, z którą należy się liczyć. Nie ma jednoznacznych wytycznych ustalających właściwy wiek dla wyjazdu dziecka na kolonię. Każde dziecko rozwija się w innym zasobie kulturowym rodziny biologicznej, innym środowisku lokalnym, środowisku szkolno – przedszkolnym. Ważna jest więc intuicja rodziców co do własnego dziecka, oraz świadomość własnych umiejętności i braków dotyczących kompetencji wychowawczych. Osobiście uważam, że dobrze, aby dziecko miało za sobą pierwszą klasę szkoły podstawowej, w której relacje i oczekiwania względem dziecka znacząco różnić się będą od zespołów przedszkolnych. To jednak opinia własna i nie powinna stanowić arbitrażu w kwestii decyzji indywidualnych.

Druga rzecz – dlaczego powinien ?

Motywacje do wysyłania dziecka na kolonię możemy mieć różne. Przede wszystkim potrzeba zapewnienia dziecku opieki na wakacje, kiedy rodzice pracują. To ważny argument, bo pracować musimy, ale nie powinien być argumentem głównym, który nie uwzględnia tego o czym napisałem powyżej.  Szkoła samodzielności, to szkoła życia. I tu moim zdaniem pojawia się najważniejszy powód dla którego dziecko powinno jechać na kolonię. Kolonia to sprawdzam tego, czego nauczyliśmy je wcześniej, a sami wiemy doskonale co nasze dziecko potrafi.

W tym miejscu pojawia się zagadnienie tytułowe. Otóż największym, w mojej ocenie błędem – i to również znam jako przykład z mojego otoczenia, jest pozostawienie dziecku do nieograniczonego kontaktu telefonu komórkowego w trakcie kolonii. Lęk jest uczuciem wynikającym z przekonania, że jakiś stan, czynność, zdarzenie, które wydarza się właśnie teraz lub ma się wydarzyć za chwilę, jest dla nas za trudne. Jedynym, warto zaznaczyć to raz jeszcze – jedynym sposobem na pokonanie lęku i podobnego przekonania (jest to element rozwoju duchowego, osobowościowego, społecznego) jest konfrontacja z lękiem. Jeśli dziecko pojedzie na kolonię, to na kolonii ma poradzić sobie samo, tak samo jak inne dzieci w podobnym wieku w jego grupie. To jest właśnie szkoła życia.
Oczywiście nasze przekonanie mamy oprzeć na fundamencie, którym jest ustalenie przez organizatora właściwego programu kolonii, właściwego pod względem wiekowym podziału grup, oraz dobór kompetentnej kadry pedagogicznej. Szczególnie ważne są kompetencje w przypadku dzieci małych, które na kolonię jadą pierwszy raz w życiu. W takim przypadku student pierwszego roku z kursem pedagogicznym może być niewystarczającym pedagogiem, choć np. świetnie sprawdziłby się z grupą 12-latków.

Wracając do telefonu rozważmy dwa scenariusze, 7 latek z telefonem i bez telefonu.

Pierwsza opcja – z telefonem (mam na myśli stały dostęp). Dziecko, które po przyjeździe na miejsce odkrywa, że wszystko jest nowe, nie zawiązało jeszcze bliższych więzi z większością rówieśników w grupie, odczuwa niepokój. Pierwsza myśl – mamina spódnica. Tak więc telefon w dłoń i dzwoni, że nie chce zostać, że chce wrócić. Rodzic zamiast odpoczywać, odczuwa pierwszy dyskomfort i ciężar decyzji – tak dla telefonu. Uspokaja dziecko na chwilę, bo jest przy nim, choć tylko prowizorycznie przez telefon. Dziecko zrzuciło z siebie emocjonalny balast, przy asekuracji mamy w trakcie jej dyżury telefonicznego. Pierwsza konfrontacja o miejsce na stołówce, pierwsza uraza. I ten sygnał w głowie – mama pomoże. Znów łapie za telefon i czeka na telefoniczne pocieszenie matki. W kolejnej ważnej z punktu widzenia rozwoju emocjonalnego i społecznego decyzji nie dojrzewa sam, tylko asekuruje się matką. Dalej są wycieczki, konfrontacja w licznych zajęciach sportowych i tp. Telefon dzwoni coraz częściej, a tęsknota i emocjonalny balast dziecka narastają. Z czasem kolonia jest traumą i dla dziecka i dla rodzica, który myślami nie jest ani w pracy, ani przy wypoczynku, ale przy niepokoju dziecka.
Telefon zabija potrzebę odkrywania, eksploracji i chęć udziału w zajęciach wymagających wysiłku (to wiem z obserwacji choćby własnego dziecka, własnie sześcio –  latka), czyli składowych części sukcesu człowieka dorosłego, gdzie liczą się właśnie cechy takie jak determinacja, zdecydowanie, pomysłowość i skłonność do wysiłku.
Telefon daje nieskrępowany dostęp do wszelkich treści umieszczonych w globalnej sieci, czyli internecie. Obok popularnych piosenek „Fasolek” są tam również niemal nagie kobiety tańczące w teledyskach licznych wykonawców, które promowane są na pierwszych stronach popularnych portali, albowiem nagość jest dziś zwyczajnym towarem. Są również gry przepełnione przemocą, oraz pornografia i wszelkiej maści treści, o których wiemy, że nigdy, ale to nigdy nie chcielibyśmy, alby nasze dziecko się o nich dowiedziało. I o ile ręczyć za własne dziecko każdy z nas może, o tyle to kim jest dziecko obok nas już nie. I wystarczy choć jedno dziecko, któremu temat pornografii jest znany, aby większość rówieśników na kolonii zaraziła się tym obrazem świata. A ten obraz zostanie w nim na zawsze i zapamiętany może odgrywać w jego życiu negatywną rolę jeszcze wiele razy. To z kolei zwraca uwagę na temat dostępu do internetu dla dziecka w ogóle, czyli np. w domu, w szkole, a nie tylko na kolonii.
XXI wiek niesie ze sobą znacznie więcej niebezpieczeństw wobec dzieci niż lata ’80 w których przyszło się wychowywać np. mnie. O tym mamy wręcz obowiązek pamiętać.

Opcja druga – dziecko może mieć telefon przechowywany u wychowawcy, który dostaje np. dwukrotnie w trakcie kolonii, ważne żeby to z góry określić, np po 4 i 8 dniach. Nie dobrze, jeśli telefon dziecko mogłoby wykonać po dojechaniu na miejsce, ze względu na wspomniany wyżej mechanizm. Taki sms zbiorczy organizator może wysłać do rodziców i powinien to zapewnić w trakcie ustalania warunków organizacyjnych, ważne żeby odbyło się to niezależnie od dzieci i WAŻNE żeby dzieci były na to przygotowane. Cokolwiek się nie wydarzy, to rzeczy i problemy typowe dla kolonii. Tęsknota, żal, konfrontacja, to ludzkie i bardzo typowe dla dzieci uczucia. Pozwólmy im je przeżyć. Samemu wypracować strategie ich pokonania, tak by stały się dla nich osobistym zasobem, z którego będą czerpać w przyszłości. Pierwsza rzecz – tęsknota nie zabija. Druga rzecz – żal nie zabija. Trzecia rzecz konfrontacja dziecięca nie zabija, zresztą w szkole i tak będą jej doświadczać, bo tak zbudowany jest system edukacji. A nad prawidłowością tych procesów ludzkich i bardziej naturalnych niż naukowych (choć tak może to brzmieć w niniejszym opracowaniu) czuwają przecież wychowawcy.
Tak więc kolonia to naturalna szkoła życia, pozwólmy dzieciom podejrzewać. Nie ograniczajmy ich telefonami, których potrzebujemy nie dla troski, ale dla utrzymania silnych mechanizmów kontroli (kontrolowania wszystkiego i wszystkich w zasięgu), silnie rozwiniętych w człowieku XXI wieku. Nie ryzykujmy odkrywania w telefonie treści, które są destrukcyjne dla człowieka w ogóle, a dla dziecka, które dopiero tworzy swój moralny i osobowościowy kręgosłup – szczególnie.

Oczywiście nie sposób wszystkiego przewidzieć i o wszystkim opowiedzieć. Każda kolonia, organizator, sytuacje są inne. W związku z tym nie ma jednolitej, właściwej recepty na kolonię idealną. Potrzeba stworzenia takiej recepty byłaby wręcz dowodem, że wszystko chcemy kontrolować i nad wszystkim zapanować, co właśnie najbardziej niszczy i ogranicza ludzką swobodę i rozwój. Również ten, który dotyczy naszych dzieci. Sprawdźmy to co ważne, zadbajmy o to zawczasu, zanim kolonia się zacznie. Potem oddajmy dzieci życiowej przygodzie, która pozwoli im się wzmocnić i urosnąć.

Marcin Węcek

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Spaceriada

Raz dwa, raz dwa, biegnie już trzeci raz. I to tempo, jakby właśnie zaczął. Usportowiony biegacz minął nas tak, jak nasze stopy mijały kolejne kostki w chodniku. I trzeci raz wzbudził zainteresowanie Kamula, oraz mój podziw. Tyle razy próbowałem w życiu biegać, ale za każdym razem początek, jak poród zapadał mi traumą w pamięci. Ten wysiłek. Walka każdej najmniejszej ilości powietrza z płucami, w których się rozpycha ze wszystkich sił. A on biegł jakby nigdy tak nie miał. Minus pięć, lodówka, a on, raz, drugi, trzeci. I ledwie nas minął, ledwie się nad jego tematem pochyliliśmy, coś skłaniało nas żeby się odwrócić. A on był już daleko.

No tak i to trwało łącznie może minutę, góra półtora. A przecież w trasie baj kopernikus mroznus oceanus przemierzaliśmy kolejne kilometry (szalone trzy) z amigo Kamulosem  dobre 1,5 godziny. Czułem się jak Kamiński na biegunie, co za odwaga, tak mierzyć się z mrozem. No a po chwili nadbiegał biegacz sarenka i już tak  kolorowo nie było. Wtedy on stawał się Kamińskim a my pasztetem w jego plecaku 🙂
A tak serio jestesmy goście, bo wielu zostało przed telewizorem.
Do startu.
Ponieważ Kamula znam już dłuuuugo, wiedziałem, że w umówionym miejscu nie ma co czekać. Spotkaliśmy się koło abc przy harcerskiej, blisko miejsca spotkania bo wyszedłem mu naprzeciw.  Zrobiliśmy szybkie zakupy we wspomnianym abc, czyli papierosy dla wentylacji płuc i sezamki dla podniesienia zasobów energii, niezbędnej do właściwej pracy mięśni, w tych jakże niekorzystnych warunkach klimatycznych.
Ruszyli.
Za pierwszym zakrętem Kamul poprosił o pierwszą przerwę na papierosa. Nie był zdyszany, bo kondycyjnie plasuje się daleko przede mną, ale uznał, że pora na wentylację. Zatrzymaliśmy się, on rozpoczął marlboro air flow baj płuca, a mnie dał swój nowy nabytek. Iphone SE, całkiem niezły. Przede wszystkim zgrabny telefon a nie wielka tabliczka czekolady z androidem. Każdy Iphone z racji telefonicznych rozmiarów jest lepszy od tabliczek czekolady z robotem zielonym. I tyle.
Poszli.
A że to, że tamto, kto to wie, ledwie minęliśmy garaże a on – biegacz sarenka już kolejny raz – tym razem z drugiej części osiedla, minął nas jakby nigdy nic.  Kolejny przystanek koło kąpieliska, kolejna wentylacja i mamy plany. Idziemy do hotelu, zobaczyć co senior Malinowski nabył od miasta i jak wyglądają nad tym prace. No i zbadaliśmy fachowym wzrokiem: co, jak, gdzie pokoje, restauracja, czemu, a dlaczego ta  ściana tu a nie tam. Fachowcy od mrozu, przystanęliśmy w debacie, czy to będzie hotel biznes bardziej, czy może economy. Szczegółów debaty nie zdradzimy, my specjaliści fachowcy też mamy swoje tajemnice. Ustaliliśmy tylko gdzie powinny stać parasole, fontanny i jak do hotelu przyłączyć jeden z basenów. Niby to trzeba kończyć architekturę, a my zaplecze innych branż się znamy to wiemy, więc wymyśliliśmy. Będzie pięknie tak czy owak, chociaż lepiej jakby ruszyła też kręgielnia, a restauracja gościła nie tylko podróżnych ale i Koperniczańskich ludzi tutejszych. Bo Koperniczanom oferty de’lux brakuje jak powietrza. Tu już tylko pustka “U Dziadka”, pizza nr 4 i psy wyjące tuż po dwudziestej. No chyba, że ktoś za rozrywkę uznaje podróż 126 do Łabęd, to też można. Albo 32. Albo 197 🙂
Poszli dalej.
I doszli na drugi koniec basenów bo do Olimpijczyka. Na basenie złoilismy po napoju z automatu raz kawa, raz czekolada, wypite oba w ok 10 sek. Wrzątek…, nie szkodzi. Zresztą za późno na informację, że gorące, bo już wypiliśmy. Tu trzeba pomysłu co dalej na te inne, przyszłe dni. Saunę już znamy, to jest dobre, to sprawdza się. Mamy więc kalkulator przed sobą, stojąc przy cenniku i przeliczamy te minuty na godziny, bo my się nie rozdrabniamy na drobne nigdy. Jak spacer to na mrozie, jak odmiana, to sauna plus sześćdziesiąt. Klikl, klik, klik i mamy 21 za godzinę, drogo Amigo, tu trzeba najmniej 1,5 godziny. Mówiłem nie rozdrabniamy się. Bez zbędnych dywagacji ruszyliśmy dalej. Tuż przed Olimpijczykiem lodowisko stoi, leży, jest tam w każdym razie takie na zmieni pomiędzy drzewami.  I tu Kamul – no przecież nie bylibyśmy sobą, jakbyśmy nie weszli. Ciach i już byliśmy na tafli. Ja prawie przytuliłem zmarzniętą ziemię przed wejściem, Kamul tuż po zejściu z lodowiska.
Ruszyliśmy dalej, tak dochodząc do dawnego Esso. Dla mnie obecna stacja Lotos przy Toszeckiej, obok Kopernika już zawsze będzie Esso. To było między innymi jedne z tych miejsc – co to ich na Koperniku brakuje. Nasza mała wyspa kultury, bo tak dawno temu traktowaliśmy  regularne upajanie się alkoholem – to niewykwintne zajęcie dla dzieci robotników, którzy wakacji na spędzali na Maderze, a ferii w Alpach. Tyle było nasze – Eldorado – Kopernik, tory, kąpielisko i Esso.
Przy Lotosie (czyli Esso :-)) przeprowadziliśmy jeszcze głęboką dysputę o charakterze ekonomicznym, uwzględniając zagadnienia takie jak rynek bankowy, pożyczki, raty, spłaty i podobne.
Tak dobiegła nasza wyprawa baj mroznus oceanus kopernikus w dniu wczorajszym, czyli 15 stycznia 2018 roku. Takim był ów wieczór, w towarzystwie komprendos Kamulos. Taka historia o dwóch takich co to znają się na hotelach, gwiazdach, gastronomii, lodowiskach, saunach, ekonomii, bankowości, biegach, sporcie i wielu innych sprawach, że ho ho.

mw

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Lekarstwo

Obudziłem się około piątej. Nooo nareszcie. Ciach witaminki, bo bez tego jest się ospałym i apatycznym. Tak mówił doktor w telewizji. Wziąłem dwie, to będę jeszcze zdrowszy pomyślałem. Nie zastanawiając się długo, łyk jedną, łyk drugą. Zdrowie jest najważniejsze. Teraz w pełni mogę się wyprostować i coś zjeść. Ale hola hola – masło, a co z wątrobą ?
O nie, mnie nie złamie jakiś tam tłuszcz. Myk proliver wątrobodeks i teraz wątroba jak ze stali. Ha! A żołądek? Byłbym o nim zapomniał, a przecież lekarze w telewizji ciągle powtarzają, żeby dbać o żołądek. Kocham mój żołądek i nie będzie go męczyć jakieś tam niezdrowe jedzenie, notabene w tym samym czasie reklamowane na innym kanale. Żołądkovixs spłynął po ścianie gardła. Jak dobrze, że w telewizji  jest tylu lekarzy.
Wtedy zrozumiałem, że nasza służba zdrowia wcale nie kuleje. Ona po prostu teraz jest w telewizji i to całkiem za darmo. Tylu wybitnych specjalistów, wszystko ciągle dostępne 24h na każdym kanale. Tyle dla mnie człowieka miłości….ech. Uwiedziony tą myślą  zszedłem po schodach i już chciałem wyjść z klatki schodowej, kiedy krople deszczu zmąciły mój spokój.  Byłbym narobił! Tyle zabiegów tyle pysznych leków dla zdrowia, a ja wszystko zepsułbym swoją ignorancją.
A gdzie gripkomix dla wzmocnienia przed grypą, a ruttinohepiks przeciw kaszlowi…?
Jeb kamaszki w górę i po schodach klap klap klap. Zamek, klucze, drzwi – już jestem w środku z powrotem. Nałykałem się syropów i pigułek dla zdrowotności. Jestem transformer teraz, teraz nie złamie mnie nic. Patrzę na zegarek, …co… już siódma?! Tak się zdenerwowałem, że z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. O żesz, grrrrrr.
Myk zjadłem te cudo od goźdzkowej i zagryzłem apapem dla poprawy skuteczności.
Doktory w tv mówili, żeby łykać pastylki kombo, wtedy są bardziej skuteczne. A, że byłem zdenerwowany nielicho to zapodałem jeszcze kilka drażetek tego na uspokojenie od Marysi z emjakmiłość. Nooooo jestem gotów “na maksa”. Teraz jestem człowiek ze stali. Buty na nogi zakładam odpływając lekko w prozdrowotnym transie. Bach jeszcze chwila i bym zapomniał,… a nie, przecież ja zapomniałem. Zapomniałem, bo nie wziąłem tego na pamięć z wątroby szczura tajlandzkiego. Szybko się zrehabilitowałem, łyknąłem 2 łyżeczki płaskie. Idę do drzwi. Teraz jestem już całkiem kompletny. Zakładam buty już chyba 3 raz, ale zachowuję spokój po syropie od Marysi. Wyszedłem kiedy tuż przed windą zaatakowała mnie myśl niecna. Mam po południu basen a tam w chuj grzybicy pełno, w telewizji mówili, a oni by mnie nie okłamali. Ech lekarze z telewizji, tyle zdrowia im zawdzięczam. Wracam, spokojem niezmąconym wiedziony, buty ściągam raz czwarty. Kocham telewizję i lekarzy z TV.
Wysmarowałem stopy maścią na grzybicę, pod palcami nałożyłem grubo. Profilaktycznie posmarowałem stawy i mięśnie innym specyfikiem, bo to ważne. Wtarłem też w krzyż i łokcie, bo nigdy nie wiadomo. Na basen dodatkowo wziąłem szampon na łysienie i koloryzujący bo te inne są niedobre – w telewizji mówili.
Skoro już zadałem sobie takiego głaska pomyślałem – uhonoruję się jeszcze magnezem. Tym bardziej, że bez niego ponoć nie da się żyć, wszystko sakcze – mięśnie, obraz.
Idę na całość. Przyjąłem 2 kapsułki – tego dobrego, co się whłania, bo te inne się nie whałaniają. Płaci się ale się nie whłaniają. Odparowywują w przełyku i ulatują do stratosfery.
Ubieram buty, piąta odsłona, wszystko dla zdrowia. Jeszcze nie nacisnąłem klamki,
a w jelitach gwizd. Nooooo jeb, nie wziąłem na biegunkę, ale skąd jak, po czym…?!

Przecież jem tylko zdrowe rzeczy.

Dostałem drgawek, gorączki, wysypki, zapalenia otrzewnej i zwichnąłem piątą klepkę. To ostatnie z głębokiego rozdźwięku pomiędzy prawdą, a bzdurami, które napisałem
nawet jesli w formie żartu.

Wszystkim ludziom przypominam, że koncerny farmaceutyczne kochają tylko pieniądze i dla nich są w stanie doprowadzić do ruiny nie tylko Wasze portfele, ale i zdrowie.
Z zasady nie dotykam wszelkich suplementów, nie wierzę, w paranaukowe bzdury
o suplementacji jako sposobie na dopełnianie zdrowia. Wychodząc z gabinetu lekarskiego w aptece dokonuję wyceny po czym wyrzucam wszystkie drogie leki, w sensie – nie kupuję ich. Nigdy z tego powodu dodatkowo nie chorowałem, nie przeciągnąłem choroby, ani nie miałem żadnych powikłań.

Kiedyś poszedłem z kaszlem do lekarza, wyszedłem z receptami na 90 złotych. Pan lekarz medycyny rodzinnej zbierał za pewne na kolejne w roku wakacje.

Nie twierdzę, że lekarze są źli, ani wszystkie leki złe. Wielu jest wspaniałych, bo  i takich wspaniałych ludzi lekarzy poznałem. Widzę jednak biznes, który człowieka jako wartość ma na ostatnim miejscu. Szczególnie widać to przy lekach dla dzieci. Żeby kupić szczepionkę skojarzoną i oszczędzić dziecku bólu trzeba zapłacić. W przeciwnym razie dziecko doświadcza bólu i traumy trzykrotnie.  

Żyjemy w dziwnych czasach, w których rzeczywistości się nie odbiera taką jaka jest, ale lansuje, uprawdopodabnia i wdraża. Jak dyrektywę UE. A przecież życie trwałoby i bez nich.
Gdzie las, gdzie zapach powietrza, gdzie dłonie w trawie, gdzie tupanie z dzieckiem w kałuży i zabrudzone błotem ubrania. Gdzie nieskrępowana radość eksploracji natury w zwykłych trampkach, tanich spodniach, bez otoczki profesjonalizmu, komercyjnego kłamstwa i butów za 500zł ?
Gdzie uśmiech z jedzenia rękami kiszonej kapusty, która ma więcej witamin niż te super suplementy razem wzięte?
Z przyzwyczajenia już przełączam radio co chwilę, bo nie jestem w stanie słuchać tych pseudomedycznych bzdur. Straciłem wiele szacunku do ludzi, którzy oddali własny wizerunek dla reklamowania leków, chociaż żaden z nich nie cierpiał głodu. Łatwo dla pieniędzy sprzedać duszę.

Dbając o swoją pamiętam, że nie jestem lepszym człowiekiem w spodniach za 300zł i butach za 400zł. Tak jak dobrymi i wartościowymi mogą być ludzie, którzy je noszą. Chodzi o to, że w dobie konsumpcjonizmu dobra materialne są jedynie dodatkiem do życia, a nie jego celem.  A leki i telefony za 3 tysiące, telewizory ultra 3k, 4k, 5k, to nic… Kiedy już je posiądziesz, zobaczysz, że to nic. Ładniejszy obraz nijak nie wpłynie na radość życia. Ponieważ reklama kłamie, ponieważ szczęścia nie ma na sklepowych półkach, a zdrowia nie można kupić w aptece.  

mw

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , , , , | 3 Komentarze

„Grzybiarze”

To teraz ja. Większość już zdążyła pochwalić się zbiorami grzybów. Wydzieramy matce naturze jej owoce jako jej prawowici synowie i córki. Nasz las. Nasze grzyby.

Przedstawiam Wam moje zbiory (spokojnie miałem też kilka dorodnych prawdziwków, sporo podgrzybków i mnóstwo kań:-)).

Z roku na rok w lesie obserwuję coraz więcej butelek, foli i śmieci przemysłowych.

Za 5 lat, zakładam, nie będę w stanie przejść 10 kroków, żeby nie wpaść na butelkę lub folię. Mieszkam w mieście i las to jedyny dziewiczy teren jaki mogę znaleźć w swojej okolicy. W tym przypadku odwiedziłem okolice Dzierżna. Kiedyś było tam naprawdę pięknie. Podobnie pięknie było zapewne w Lesie Łabędzkim i Miechowickiej Ostoi Leśnej. To najbliższe mi tereny leśne, z którymi czuję się związany. Tym bardziej boli mnie niepojęta dewastacja natury i tych miejsc.

Zastanawiam się kim są ludzie, którzy wyrzucają tam puszki po piwie, papierosach, butelki po napojach. Jakie macie skojarzenia, kiedy patrzycie na te zdjęcia ? Co macie macie ochotę powiedzieć twórcom tych pejzaży?
Skurwiel, brudas, świnia (proszę nie obrażać zwierząt – podobne wynaturzenie przypisane jest jedynie człowiekowi).

Otóż przyjaciele, śmieci w lesie biorą się z BRAKU ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA WSPÓLNE DOBRO jakim jest nasza wspólna przestrzeń. Nasz dzielnica, nasza okolica, nasz las, nasz kraj, nasz kontynent, nasza planeta Ziemia.

O ile patrząc na te zdjęcia łatwo jest powiedzieć skurwiele, brudasy, o tyle trudniej spojrzeć nam do własnego ogródka. Czyż na poziomie mechanizmu – braku odpowiedzialności za wspólną przestrzeń – nie jesteś czasem „grzybiarzem”.
Kiedy wyprowadzasz psa i ukradkiem odwracasz wzrok, żeby nie widzieć jak pies trzaska kupsko, to nie Ty…? Mój pies to akurat nie sra, on rzeźbi w brązie – proszę podziwiajcie! Tak samo właśnie „grzybiarz” ozdabia naturę.
Kiedy w sobotnie popołudnie wyjeżdżasz do rodziny odpocząć i zostawiasz psa w mieszkaniu. Pies 5 godzin szczeka i ujada tak, że wszyscy sąsiedzi mają sobotę spierdoloną to…., to nie ja! Zresztą jebać grzybiarzy. O tu jak na syfili,… i tu i tu.
Przykłady można mnożyć.
Każdy z nas jest czasem grzybiarzem. To pewnie miał na myśli Jezus mówiąc – kto pierwszy jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem.
Popatrz raz jeszcze na zdjęcia i powiedz „skurwiele” z czystym sumieniem.
Piękne te zdjęcia prawda?

MW

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

500 powodów do wstydu

Statystyki i prognozy ekonomiczne burzą naturalny kierunek rozwoju w motoryzacji. Do takich wniosków doszedłem przeglądając stronę Abartha.
Abarth wobec Fiata jest tym samym czym AMG wobec Mercedesa.
Osobistą stajnią, w której wypasa się najszybsze i najdorodniejsze ogiery. Oczywiście Mercedes wypasa więcej gatunków, ale co do zasady – pewne gatunki dostają to co najlepsze. Tym jest tuning firmowy.

Niestety, w przypadku Fiata zaczęto wypasać klacze.

Abarth nie daje bowiem tego co najlepsze, mającemu wybitne predyspozycje do stania się pełnokrwistym hot-hatch’em Fiatowi Punto. Ten przywilej zarezerwował dziewczyńskiemu Fiatowi 500.
Zgadzam się, że ten samochód jest ewenementem na rynku. Sprzedaje się rewelacyjnie, a wszelkie podróbki typu Opel Adam, są ledwie cieniem swojego protoplasty. Rzecz w tym, że bez względu na to jak genialnym marketingowo produktem jest Fiat 500, jest i będzie dziewczyną.
Hot-hatch to kierunek rozwoju męskiej części motoryzacji – nie dla VW Beetle
i nie dla 500’tki.
Mając więc Abartha 695 biposto, pod tunerskim szpanem i jak mniemam (nie testowałem) przyzwoitą technologią i tak są: falbany, grochy i kokarda.

I tak się zastanawiam czy gdyby Panowie Daimler i Benz konstruowali swoje pojazdy nie z pasji i chęci tworzenia, ale dla statystyk i prognoz sprzedaży, to czy Mercedes byłby dziś tym czym jest? Po drodze zapomniano o źródle, odcięto się od pasji.
Teraz motoryzację tworzą ekonomiści.
Efekt:
Dziewczyny ścigają się z chłopakami.
„Usain Bolt” skacze o tyczce z „Anitą Włodarczyk”.
Pomieszanie z poplątaniem.

Na wypasie Fiat Punto, a tymczasem w stajni Abarth – 500 powodów do wstydu.

Marcin Węcek

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Każdy wie, to co chce

21462259_1368247243272956_632010383733944366_n

Takie zdjęcie przykuło moją uwagę. Niby wyraża prawo do wolności, niby w imię słusznych racji wstawiennictwo. Zawiera jednak pewien niepokój.
A gdyby tak trochę przyjrzeć się tym treściom.

 

 

Chcę żeby wszyscy chłopcy wiedzieli o tym, że:

Skoro w kulturze masowej funkcjonuje przekonanie, że piękno przypisane jest kobiecości – rozumiem, że uwolnieniem od tego kulturowego nakazu, jest stwierdzenie “nie muszą być piękne”. Analogicznym stwierdzeniem po stronie męskiej, gdzie uroda, jako element szeroko rozumianej męskości jest znacznie  poniżej zaradności i brutalnej, ciosanej siły jest  “Nie muszą być silni i zaradni”

Jeżeli  to chłopcom przypisane jest kulturowo wspinanie się na drzewa, to kulturowym odpowiednikiem zajęcia dla dziewczynek jest zabawa lalkami.
Analogicznie do “mogą się wspinać na drzewa” po stronie dziewczynek jest “mogą się bawić lalkami” po stronie chłopców.

Ponownie “mogą grać w piłkę”, tak więc chłopcy np. “mogą się bawić w dom”

“Nie muszą się uśmiechać”. Hmmmm, a co to za przymus? Ludzkie życie to pasmo najróżniejszych zdarzeń, w których te najbardziej budujące z punktu widzenia rozwoju okupione są bardzo dużym wysiłkiem, a nieraz cierpieniem. Trudno się uśmiechać
w bólu.
To stwierdzenie po stronie “dziewczynek” służy świadomemu różnicowaniu płci i jakiejś feministycznej arogancji.
Żaden bowiem człowiek nie ma obowiązku uśmiechać się doświadczając negatywnych uczuć, tak kobieta jak i dziewczynka, tak mężczyzna jak i chłopiec, tak żona jak i mąż, tak niezależna singielka jak i niezależny singiel.

“Mogą być silne”. Analogicznie do “nie muszą się uśmiechać” to stwierdzenie oczywistości. Mogą korzystać ze słońca, mogą jeść, mogą spać do 10…. A od kiedy ten rodzaj doświadczania wolności  – prawo do czucia się silnym, który jest procesem wewnętrznym i jednostkowym wynikającym z poczucia własnej wartości, jest prawem, a nie procesem i stanem psychiki, stanem duszy?  To nie żadne prawo. Poczucie siły, to głęboki wewnętrzny stan każdego człowieka.

“Nie muszą mieć męża” Absolutna domena kobiet, dobrze, że zostało o tym wspomniane.
Jak wiadomo na całej kuli ziemskiej istnieje alternatywny przymus, nie podlegający nawet polemice. Faceci „muszą mieć żony”
Albo „nie muszą”… ?  Proponuję powołać komisję śledczą do pochylenia się nad tym niezwykłym zagadnieniem, które tak zaintrygowało twórcę „plakatu”.

“Nie muszą chodzić w sukienkach”  brzmi buntowniczo, a czy równie buntowniczo brzmi “mogą chodzić w spodniach”? A co to za prawo, cóż za przywilej?
Chcą w spodniach – chodzą, chcą w sukienkach – chodzą w sukienkach.
A czy chłopcy “mogą chodzić w spódnicach”. No jak wobec powyższego dziewczęcego prawa, odebrać chłopakom taki przywilej. Prawo równości, to prawo które działa w obu kierunkach. A która z pań feministek zechce chłopca w spódnicy? Chłopa który ma prawo nosić różową kokardę i depilować nogi, oczekiwać, że jego wybranka przeniesie go na rękach przez kałużę ? Brzmi chorobowo, a to rzuca coraz większe światło na feminizm i intencje autora tej górnolotnej grafiki.

“Mogą się złościć” –  tak jak z uśmiechaniem. Złość, radość – uczucia są, przemijają, doświadczajmy ich, nie analizujmy. Wszystko to można bez względu na płeć.
W powyższym kontekście prawa dla dziewczynek, które po prostu jest, owo stwierdzenie jest różnicowaniem płci, feminizmem. Tylko w jakim celu?

“Dziewczyny mogą mieć pracę”. A nie mają, nie mogą, kto tego broni? Wybór życiowej ścieżki to kwestia wewnętrznych decyzji, a nie politycznych gier. Jest obecna od dawna, tak samo jak stwierdzenie “mogą pozostawać na utrzymaniu męża, kochanka, partnera”, z której to opcji w różnych konfiguracjach wiele kobiet korzysta. To nie jest kwestia prawa, to kwestia wyboru własnej ścieżki. Teraźniejszość w naszej kulturze umożliwia taki wybór na poziomie nieskrępowanym.
A co z analogicznym uwolnieniem kulturowym po stronie mężczyzn “Nie muszą mieć pracy”, czy też “mogą pozostawać na utrzymaniu żon, kochanek, partnerek”?
Dajmy prawo i temu, skoro wolnością jest brak barier. Bo i takie historie Życie napisało wiele razy.

“Nie muszą mieć dzieci” A czy kiedykolwiek musiały, czy zawsze wszystkie chciały?
A co z mężczyznami? Czy wszyscy chcą, czy powinni mieć, czy wszyscy bez względu na płeć będą/nie będą rodzicami odpowiedzialnymi ? Kto powinien, a kto nie powinien dzieci mieć?
To rozsąd na poziomie własnej duszy. 

Autor tego opisu praw dziewczynek nie tworzył sercem. Jest w nim widoczny feminizm.
Ludzkie życie to pasmo nieustannych wyborów. A każdy wybór stanowi o działaniu. Za nimi zaś stoją konsekwencje.

Nade wszystko uważaj jednak na manipulacje i sztucznie wzniecane problemy (jak na „plakacie”) – tam gdzie jest życie po prostu i po prostu wybory.

Wybieraj świadomie.

mw

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Masło maślane

Nie dowierzam z każdym dniem coraz mocniej. Najpierw z 250g pod osłoną postawy na “nieobecnego józka”, obniżyli wagę kostki do 200 gram. No, że niby nie oni. Teraz uznali, że wyciągną mi z kieszeni 6zł i więcej za tą niepełną (oszabrowaną o 50 gram) kostkę.
Cena “prawie kostki masła” to już 6 złoty i więcej. ALe dlaczego?
Krowy jak stały na polu i w oborach tak stoją. Elektryczne dojarki zbierają plon krowiego zapału pochłaniania wszelkich traw i pasz. Mleko płynie jak płynęło, krowy żro, dojarki dojo, a masło z 3,5 na 6 złoty do góry  – jeb!
Wu wu wu gogle kom i czytam dlaczego tak. I tu jak zawsze mądre głowy znajdują odpowiedzi na oczywiste uszustwo ubierając je we frazesy natury polityczno – ekonomiczno – rynkowej. Dla podniesienia wiarygodności zawsze jest o Unii Europejskiej, dyrektywach  i opinie prezesów mleczarni. Ta cała rynkowo-polityczno-ekonomiczna bzdura po zagłębieniu się w nią wydaje się mieć logiczne uzasadnienie, to jednak tylko stek bzdur, który jest jedynie zasłoną wobec prawdy właściwej. Takiej, że wszelaka spekulacja służy tylko i wyłącznie zarabianiu pieniędzy (cukier pamiętamy…).
Ostatecznie po odsianiu tych wszystkich para argumentów ugruntowanych na poziomie wielu dyscyplin naukowych  zostaję jeszcze Ja. Obywatel X i moja wolna wola oceny zjawisk w zgodzie z moim własnym systemem wartości, który nie opiera się o żadną nie znaną mi wiedzę specjalistyczną, ale własne przekonanie, w którym czuję wyraźnie, że ktoś próbuje mnie orżnąć.
I w ty miejscu niezależnie od wszystkich wysublimowanych argumentów  jestem Ja i moja decyzja. Masło w cenie polędwicy,…nie koniecznie. Serki białe, sosy majonezowe, majonez, to wszystko tańsze i w dodatku daje potężne możliwość konfiguracji śniadaniowo-kanpkowej. A co 🙂

Opublikowano Ogólny | Otagowano , , | 3 Komentarze